piątek, 29 listopada 2013

Rozdzaił 25





 Cześć! 
Smęcić nie będę, albo i posmęcę. Jestem nie zadowolona! Nie podoba wam się moje opowiadanie? Wyświetleń jest naprawdę dużo, ale komentarzy... 
Dziękuje tym co są, czytają i komentują, ale sorry będę chamska.. kolejny rozdział ukarze się, gdzieś w dalekiej przyszłości .
Dedykacja dla Dominiki! dziękuje że jesteś :)
 Bajo! 


**************************************************************************


Marcus

Kolejny dzień z rzędu spożywaliśmy kolację w zupełnej ciszy. Miałem już tego dosyć.
- Czy podczas swojego pobytu tutaj, masz zamiar się odezwać choć słowem?
- Tak.
- Świetnie. Więc może byś coś powiedziała.
- Właśnie to zrobiłam.
Uderzając pięściami o stół wstałem i wyszedłem z kuchni, zamykając za sobą drzwi. Będąc jeszcze blisko nich zdołałem usłyszeć:
- Mogłabyś nam okazać trochę szacunku, zwłaszcza mojemu ojcu.
- No tak. Zapomniałam, że mam do czynienia z samym królem wampirów. Następnym razem wyeksponuję smukłą szyję i padnę przed nim na kolana.
- Jesteś bezczelna!
- Nie. Szczera.
- Przestań zachowywać się jak jakaś pieprzona niewolnica!
- A jak mam się zachowywać, będąc tu zamkniętą, niczym w więzieniu, zdana na waszą łaskę?
Nie chciałem już więcej tego słuchać. Z postanowieniem pokazania dziewczynie jak bardzo się myli, skierowałem się do swoich komnat.

***

- Lynette poproś Dominikę o przyjście do mojej komnaty.
- Oczywiście.
Miałem zamiar pokazać jej swoje prawdziwe oblicze. Przedstawić jej siebie i swoją historię. Może wtedy będzie dostrzegała we mnie trochę więcej niż samego potwora. Przerażało mnie jak bardzo mi na niej zależało i jaki wywierała na mnie wpływ, ale musiałem spróbować. Nie mogłem jej stracić. Nie jej.
- Chciałeś mnie widzieć.
Znowu ta raniąca obojętność w jej pięknych, niebieskich oczach.
- Tak. Dziękuję, że przyszłaś.
Skinęła lekko głową, ostrożnie rozglądając się po pomieszczeniu.
- I jak ci się podoba? – spytałem, uniesionymi dłońmi pokazując jej swoje królestwo.
- Wiktoriański styl z barokowymi złoceniami. Klasycznie, gustownie i bogato. Idealny wystrój dla króla wampirów.
Uśmiechnąłem się, słysząc jej protekcjonalny ton.
- W istocie masz rację. Jednak mniemam, że ci się podoba. – Wciąż ją obserwując czekałem na stosowną ripostę, jednak się przeliczyłem. Wciąż rozglądała się wokoło, przystając przy obrazach, przedstawiających portrety moich przodków. – To moi poprzednicy. Jednak nie wszyscy. Jeżeli chciałabyś poznać całą genealogię, musiałabyś przyjrzeć się temu. – Jednym ruchem ręki ściągnąłem atłasową zasłonę, odkrywając ręcznie wyszywany gobelin, wiszący w specjalnie wyrzeźbionej wnęce na jednej ze ścian. Moja wampirza rodzina.
 - To cała twoja historia w jednym miejscu. – powiedziała z nieudawanym zaciekawieniem i podeszła do płótna, dokładnie przyglądając się każdemu portretowi z osobna. – Akasha. Pierwsza wampirzyca. Matka wszystkich nieśmiertelnych. Enkil. Wiecznie nienasycony. Jeden z najstarszych. Ciemna karta historii. Mekare i Maharet. Bliźniaczki i królowe potępionych. A raczej wybawionych. To one zapoczątkowały nową erę, trwającą aż do dzisiaj.
Patrzyłem jak z zapamiętaniem przesuwa palcami po kolejnych postaciach, bezbłędnie odgadując ich tożsamość. Niesamowite.
- Nie wiedziałem, że tyle wiesz o rodowodzie wampirów.
- Trzeba znać swojego wroga. Uważnie prześledziłam historię twoją, jak i twoich pobratymców.
- Uważasz mnie za swojego wroga? – zapytałem, usilnie próbując ukryć żal pobrzmiewający w moim głosie.
- Już nie. – westchnęła, przenosząc wzrok na podłogę. – Analizując twoją historię, natknęłam się na wystarczająco dużo przykładów, stawiających ciebie, jak i cały klan wampirów w jasnym świetle. Mieszkając z tobą, mając sposobność bezpośredniego kontaktu z wami, tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu. Macie w sobie więcej miłości, cierpliwości i oddania, niż niejeden człowiek. Spokojnie mogliście wykorzystać swoją potęgę, by zemścić się na nich za ich zbrodnie i plugawe kłamstwa, ale tego nie zrobiliście. Wolicie żyć w ich cieniu, nie angażując się zbytnio w sprawy, które was nie dotyczą. Tak jak my. – Ponownie przeniosła wzrok na płótno, wpatrując się w jeden z portretów. Niestety nie mogłem dostrzec jaki. – Przyjmując zlecenie zabicia cię, nie miałam o tym pojęcia.
Ja w transie wpatrywałem się w jej postać, powoli przyswajając sobie jej słowa. Nawet nie widząc jej twarzy mogłem dobrze odczytać targające nią emocje. Żal pobrzmiewający w jej głosie był aż nadto słyszalny. Pytanie tylko dlaczego? Nawet ja nie znałem swojej historii tak dobrze jak ona. Chciałem w końcu to wszystko zrozumieć.
- Dlaczego to zrobiłaś?
- Dlaczego przyjęłam zlecenie? – spuściła wzrok, nie odwracając się jednak w moją stronę – To miała być moja prywatna zemsta. Pięć lat temu moi rodzice zostali zabici przez wampira. Mnie uratowało bractwo. Bez zbędnych pytań, przyjęli mnie do siebie, stając się moją drugą rodziną. Nawet moja na… moje pochodzenie nie miało dla nich żadnego znaczenia. Jednak przebywając z tobą zrozumiałam, że nie mogę nikogo karać za błędy innych.
Podszedłem do niej, kładąc dłonie na jej ramionach. Nie poruszyła się.
- Mogę odnaleźć zabójcę twoich rodziców i wymierzyć mu karę na jaką zasługuje.
- Nie. Mam już dosyć krwawego wymierzania sprawiedliwości. To nie zwróci im życia.
Obróciłem ją w swoją stronę, delikatnie unosząc podróbek, by widzieć jej idealną twarz.
- Byliby z ciebie dumni, widząc cię teraz. – w jej oczach błysnęły łzy – Cały czas będą z Tobą. Na zawsze.
Nie mogąc się powstrzymać przysunąłem się bliżej, delikatnie dotykając jej ust swoimi. Tak bardzo tego pragnąłem. Na początku nie reagowała, ale gdy splotłem swoją dłoń z jej, odwzajemniła pocałunek. Czując mój język, dotykający jej warg, rozchyliła je lekko, co wykorzystałem pogłębiając pieszczotę. Była taka słodka, taka cudowna. A ja tak jej pragnąłem.
- Przepraszam cię.
Zanim zdążyłem w jakikolwiek sposób zareagować, wyślizgnęła się z moich ramion, wybiegając z komnaty. Mi pozostał tylko zmysłowy zapach jej cudownego ciała i delikatny posmak jej miękkich warg.

Dominika

To była ciężka noc. Zasnęłam dopiero około 4 w nocy, więc gdy otworzyłam oczy i zobaczyłam dużą i małą wskazówkę zegara na ustawioną idealnie na 2, nie byłam zaskoczona. Przynajmniej się wyspałam. Wczorajszy wieczór nie powinien się wydarzyć. Za bardzo przywiązuję się do Markusa. Prawie wyjawiłam mu całą prawdę o mnie. A co w tym złego? Nie możesz wiecznie ukrywać swojej prawdziwej natury… Pieprzona podświadomość!
Po szybkim prysznicu i jeszcze szybszym ubraniu się zeszłam na dół, kierując się w stronę kuchni. Gdy wzięłam się za przygotowywanie kanapek usłyszałam straszny huk w głównym holu. Natychmiast się tam udałam. Widoku, który zobaczyłam nie zapomnę do końca życia. Zakrwawione ciało Markusa, bezwładnie leżało w ramionach jakiegoś chłopaka. On nawet nie patrząc na mnie skierował się po schodach na górę, udając się jego prywatnych komnat. Stałam, nie zdolna do wykonania żadnego, nawet najmniejszego ruchu. Gdzieś w pobliżu usłyszałam głos Hermiony.
- Byliśmy na akcji. Udało nam się zdobyć kolejną cząstkę duszy Voldemorta, jednak nie spodziewaliśmy się ataku Śmierciożerców. Było ich z 15, rzuciliśmy się w wir walki, pragnąc jak najszybciej stamtąd uciec. W moją stronę leciało jakieś nieznane zaklęcie, nie zauważyłam go, stojąc tam jak sparaliżowana. Te oczy pod białą maską, należały do… - Głos się jej załamał, a w oczach pojawiło się niedowierzanie i ból.- ...jednego z nich. Marcus, obronił mnie swoim ciałem, padając do moich nóg. Sergiej kazał się teleportować, a Aron zdążył chwycić ciało Marcusa i już po chwili byliśmy przed Black Manor. Przepraszam, to moja wina. On tam umiera, a wszystko przez moja głupotę! Jak ja mogłam tak postąpić?! Przepraszam.
Sens wypowiedzianych słów z każdą sekundą przerażał mnie coraz bardziej. Nie mogłam pozwolić by umarł. Nie teraz…
- Dostał krew?
- Tak, ale to nic nie zmieniło.
- Musze do niego iść.
- Ja naprawdę nie wiem kiedy to się stało. Przepraszam, ja…
Odwróciłam się w jej stronę, chwytając jej dłonie moimi, spoglądając prosto w oczy.
- To nie twoja wina. Wszystko będzie dobrze. Dziękuję ci.
Nie czekając na jej reakcję udałam się na samą górę, prosto do jego komnaty. Przy duży łóżku z baldachimem, stała Diana, nachylając się nad bezwładnym ciałem Marcusa. Wilgotną szmatką obmywała jego zakrwawione ciało.
- Zostaw mnie z nim samą.
Wampirzyca podniosła na mnie swój wzrok, nie przerywając wykonywanej czynności.
- Nie będziesz mi rozkazywać.
- Jeżeli go kochasz, zrób to o co cię proszę i wyjdź.
W jednym momencie znalazła się przy mnie, zbliżając swoją twarz do mojej.
- Co ty możesz o tym wiedzieć, co?
- Więcej niż mogłabyś sobie wyobrazić. – odpowiedziałam ze spokojem, patrząc w jej zielone oczy – Przez cztery lata byłam nieszczęśliwie zakochana w chłopaku, który nawet nie chciał na mnie spojrzeć. Znam uczucie samotności, niezrozumienia i cierpienia lepiej niż bym sobie tego życzyła. Jeżeli chcesz jeszcze kiedyś być szczęśliwa, zapomnij o nim, w końcu zaczynając żyć. Znajdziesz prawdziwą miłość, tylko musisz się na nią otworzyć, zostawiając w tyle dawne uczucie.
Widziałam jak z każdym kolejnym słowem targające nią uczucie złości ustępuje miejsca rozpaczliwej bezradności.
- Nie jesteś taka jak inni. Dlaczego to robisz?
- Nie chcę patrzeć jak się niszczysz. Nie chcę byś była sama.
- Czy to kiedyś minie?
- Tak. Musisz tylko się wyrwać z tej złotej klatki, w której tkwisz. – uśmiechnęłam się do niej delikatnie. – A teraz pozwól mi go ratować.
- Jak?
- Dając mu swoją krew – podeszłam do jego łóżka, klękając przy nim.
- Przecież on już ją dostał.
- Nie taką, jakiej potrzebuje. Mamy ze sobą wiele wspólnego Diano. – wysuwając kły wbiłam się w swój nadgarstek, pozwalając wypłynąć czerwonym kroplom na zewnątrz. Ciemno czerwona ciecz spłynęła po mojej ręce, kapiąc na jedwabną pościel. Przyłożyłam nadgarstek do zimnych ust Marcusa, pozwalając mu poczuć słodki posmak krwi. Po chwili ponownie poczułam wbijające się w delikatną skórę kły. Złapałam się drugą ręką łóżka, zaciskając pięść na pościeli. Usłyszałam głos Diany.
- Wreszcie znalazł swoją królową.
Obróciłam głowę w jej stronę, ale zobaczyłam tylko zamykające się za nią drzwi. W tej samej chwili poczułam obejmujące mnie ramiona i zanim zdążyłam zareagować leżałam na łóżku, nakryta ciałem Marcusa. Spojrzałam w jego oczy.
- Kim jesteś?
- Mieszańcem. Pół wampirem, pół czarownicą. Sama do swoich 17 urodzin o tym nie wiedziałam. Kiedy miałam dwa lata moi rodzice musieli oddać mnie zwykłemu małżeństwu, by mnie chronić. Wiedziałam, że nie jestem normalna. Wyostrzone zmysły, wysuwające się kły, nadzwyczajne zdolności… 15 lat odmienności i samotności. Gdy zostałam odnaleziona przez swoich prawdziwych rodziców, po roku prawdziwego życia, straciłam ich ponownie, tym razem na zawsze. Moim ojcem jest Damian, potomek Mariusa z pierwszej linii.
- Damian, pamiętam. Nie poznałem go osobiście, ale słyszałem o nim. Jeden z najwyżej postawionych w radzie wampirów.
- Tak i chyba dlatego zginął. Dla zdobycia władzy. Moja matka to Caroline, jedna z odwiecznych. Zaalarmowane bractwo przybyło na miejsce, ale było już za późno. Uratowali tylko mnie. Przyjęli mnie do siebie, mimo iż nie pochwalali związku mojej matki z wampirem. Stali się moją drugą rodziną. Od tamtej pory szkoliłam się jako łowczyni, czekając na dzień, w którym będę mogła pomścić rodziców. Gdy dostałam zlecenie zabicia ciebie, wiedziałam, że nie mogę zmarnować takiej szansy. Myślałam, że tak dowiem się kto jest odpowiedzialny za ich śmierć.  
- Pomogę ci go odnaleźć – usilnie próbowałam na niego nie patrzeć.
- Nie, widzisz do czego prowadzi zemsta. Ty przywróciłeś mi spokój. – odważyłam się na niego spojrzeć. W chwili gdy nasze spojrzenia się spotkały, poczułam jego usta na swoich. Zatopiłam się zupełnie w tym pocałunku.
- Pragnę cię. Pozwól mi się kochać. – Z każdym kolejnym słowem schodził swoimi wargami coraz niżej. Nie potrafiłam, a raczej nie chciałam mu odmówić. Teraz gdy znał całą prawdę nic nie mogło powstrzymać ukrywanego uczucia do niego. Objęłam jego nagie plecy ramionami, unosząc swoje ciało i ocierając się o niego. W jego oczach widziałam, że jest na granicy utraty kontroli.
- Zrób to. Proszę, nie powstrzymuj się. – To były ostatnie słowa, które wydostały się z moich ust. Potem powoli traciłam świadomość, z trudem rejestrując niektóre ze zdarzeń. Rozrywane ubrania, jego gorące ciało, cudowne wypełnienie, głębokie pchnięcia, szybkie oddechy, kły wbijające się w moją szyję w momencie spełnienia, cichy szept tuż przy moim uchu… Moja królowo.

Hermiona

Chodziłam od ściany do ściany, błagając w myślach, żeby to, co zobaczyłam było tylko snem. Chciałam się obudzić z tego koszmaru, jednak życie miało dla mnie inne plany. To, co dziś się stało było prawdą. Ale jak? Kiedy to się stało?
Usiadłam na parapecie dużego okna, w swoim tymczasowym pokoju, patrząc na wschód słońca. Co się wydarzyło po moim zniknięciu? Jakim cudem on znalazł się w szeregach tego szaleńca? Przymknęłam oczy, opierając głowę na moich kolanach.  
Obudziło mnie pukanie do drzwi. Wykończona, musiałam zasnąć na parapecie. Wstałam, rozprostowując obolałe mięśnie.
- Proszę.
Do pokoju weszła Syntia, uśmiechnięta od ucha do ucha. Spojrzałam na nią, marszcząc brwi.
- Co jest?
- Blaise do mnie napisał. - uśmiechnęła się jeszcze szerzej - Przysłał swoje włosy. Napisał, że to najgłupszy pomysł, na jaki wpadłam i jak chcę to może mi przysłać swoją bieliznę.
Podeszłam do niej, odbierając pakunek. Położyłam go na biurku, po czym wyciągnęłam z dolnej szuflady pudełko, w którym był słoiczek z eliksirem, dzięki któremu przekonam się, czy Blaise jest moim bratem. Odkręciłam wieczko i wrzuciłam pukiel włosów Diabła wraz z moimi do środka. Wyciągając różdżkę, wypowiedziałam formułę zaklęcia.
- Ostende mihi verum, prodit secreta.
- Nic się nie dzieje!
- Spokojnie S, to trochę potrwa.
- Zapomniałabym! Blaise kazał przekazać ci to. - Podała mi kopertę, na której było moje imię i nazwisko, napisane tak dobrze znanym mi pismem. Moje serce zabiło szybciej, kiedy rozrywałam kopertę.

Przepraszam!
Pozwól mi wyjaśnić. Spotkajmy się dziś o 20 na klifach.
Bary, południowa Walia. Będę czekać.

- Co on chce ci wyjaśnić? - Syntia, tak jak i ja, rozpoznała to pismo bez problemu.
Wpatrywałam się w ten krótki list, pytając samą siebie czy mam jej powiedzieć prawdę. Odpowiedź była oczywista.
- On tam był S.
- O czym ty mówisz?
- Draco… on był dzisiaj u Gringotta.
- Jak to?
- On jest jednym z nich S, jest Śmierciożercą.


środa, 6 listopada 2013

Rozdział 24


Kilka słów wstępnie...

Witam was serdecznie!! 
Oto przed wami rozdział 24! Zostało zaledwie tylko 6 :( 
szybko to zleciało.

Zapraszam do Elton, pojawił się tam dla was rozdział!!


Nie będę przedłużać, zapraszam do czytania...

PS. Dziękuje za komentarze jesteście kochane :* 

PS2. dziękuje Mika :* 


kropki, przecinki, literki

**********************************************************



Draco
Z niedowierzaniem słuchałem słów pana Sulivana.
- Córeczko, Śmierciożercy zaatakowali nasz dom. Twoja matka…- jego głos się załamał - Aleksandra nie żyje.
Patronus zniknął, a w Wielkiej Sali zapanowała cisza. Każdy wpatrywał się w białą jak płótno Hermionę. Zerwałem się z miejsca, podchodząc do niej. Z oczu dziewczyny biła czysta rozpacz, nie zważając na nic, przyciągnąłem ją do siebie. Wtuliła się we mnie ufnie, pozwalając swoim łzą płynąc po policzkach. Nie mówiłem nic, wiedziałem, że moje słowa w niczym jej nie pomogą.
Drzwi do WS otworzyły się z hukiem, podniosłem wzrok na mężczyznę, który przybył. Profesor Snape, zobaczywszy nas przystanął. Swoje współczujące spojrzenie skupił na Hermionie. Ta czując jego wzrok na sobie, spięła się cała, odsuwając mnie delikatnie od siebie. Spojrzałem w jej oczy, dostrzegając czającą się w nich wściekłość. Odwróciła się w stronę mistrza eliksirów.
- Hermiono, tak mi przykro... - zaczął, jednak brązowowłosa nie pozwoliła mu dokończyć. Cała się trzęsła z powstrzymywanej wściekłości.
- Jesteś z siebie zadowolony Snape? Gdyby nie ty i twoje głupie pomysły, moja matka dalej by żyła! Ale nie, wielki pan Snape musiał się wtrącić!
- Hermiono, to nie tak! Oni mieli być bezpieczni, wszystko było ustalone, tylko twój wypadek pokrzyżował nam plany. Gdybyś powiedziała prawdę, wszystko wyglądałoby inaczej.
Hermiona nie wytrzymała. Magia emanowała z jej ciała, otaczając dziewczynę ledwie widoczną złotą poświatą.
- Tak bardzo jesteś ciekaw, co się wydarzyło? Proszę bardzo! Masz zasraną rację! Należę do Bractwa Białego Kruka, tak samo jak i twoja córka! Zostałam ranna, ponieważ ratowałam ją przed byciem charłakiem! - wykrzyknęła, stawiając kroki w stronę oniemiałego profesora.
Musiałem zareagować, jakoś ją powstrzymać. Położyłem dłoń na jej ramieniu, ściskając je lekko. Dziewczyna spojrzała na mnie zaskoczona. Mój dotyk ja nieco uspokoił. Odwróciła się powoli w stronę Synti, patrząc jej w oczy. Panna Snape pisnęła cicho i złapała się za głowę. 
Nie mówiąc nic, Hermiona odwróciła się w stronę wyjścia. Zawahała się w pewnym momencie. Podążyłem za jej wzrokiem. W drzwiach stał mężczyzna, ubrany w czarny garnitur. Zaciśnięta szczęka, spięte mięśnie, wyraźnie świadczyły o tym, że nie był zadowolony. Hermiona przeklinając pod nosem, wyminęła jednego z odwiecznych, nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem. Wraz z jej wyjściem, wokoło wybuchnęły rozmowy. Wszyscy próbowali zrozumiec sens przed chwilą usłyszanych słów. Nie zwracając na nikogo uwagi, podszedłem do stołu swojego domu. Musiałem się dowiedzieć czy z Syntią wszystko w porządku. Co zrobiła jej Hermiona?
- Co się stało S?
Spojrzała na mnie załzawionymi oczyma.
- Hermiona zwołała Bractwo, za godzinę mamy być wszyscy w Szkocji. - wyszeptała.
- Wiadomość mentalna, dlaczego w takim razie złapałaś się za głowę? Przecież już nie raz się tak komunikowałyście.
- Tak, ale nigdy nie użyła takiej dużej ilości mocy. Ja mam tarcze Draco, a mimo to zadziałało na mnie bardzo silnie. Nie chce wiedzieć jak bardzo musiało to zaboleć chłopaków.
***
Hermiona
Wpadłam jak burza do swojego dormitorium. Opadłam na łóżko, niczym szmaciana lalka. Chciałabym zwinąć się w kłębek i cierpieć w spokoju. Jednak nie było mi to dane.
- Możesz mi powiedzieć, co ci strzeliło do głowy! - Warknął Michael, zatrzaskując za sobą drzwi.
- Ty to ma wyczucie czasu.
- Tylko tyle masz zamiar mi powiedzieć?
Podniosłam się z łóżka i usiadłam w fotelu. Oparłam łokcie na kolanach chowając twarz w dłoniach. Nie miałam w ogóle ochoty z nim rozmawiać.
- Wytłumacz mi to!
Westchnęłam.
- A co tu tłumaczyć, słyszałeś wszystko. Moja mama... - głos mi się załamał, a z oczu popłynęły łzy - ...nie żyje.
- Nie o tym mówię. Wyznałaś przed całym Hogwartem, że należysz do Bractwa!
- No i co w związku z tym? - zapytałam, nie podnosząc na niego wzroku. Nie obchodziło mnie nic oprócz zemsty. W mojej głowie już układał się plan. Moja obojętność, musiała zdenerwować Michaela, bowiem zaczął na mnie wrzeszczeć.
- Do ciebie nie dociera, co zrobiłaś?! ZŁAMAŁAŚ ZASADY!
- Zasady są po to, aby je łamać.
- HERMIONA! Jeśli Rafael się o tym dowie, zostaniesz ukarana!
Zaczynał już mnie naprawdę denerwować. Podniosłam się z fotela, podchodząc do niego powoli.
- Powiem to tylko raz, wiec słuchaj uważnie. Mam gdzieś Rafaela i jego pieprzone zasady! To moje Bractwo, ja nim dowodzę i to ja będę dyktować warunki jego funkcjonowania. Czy ci się to podoba czy nie, mam zamiar wziąć sprawę w swoje ręce!
Michael stał w ciszy, przyglądając mi się intensywnie.
- Co ty chcesz zrobić?
- To, co powinnam już dawno.
- Nie możesz wtrącać się w wojnę! To jest przeznaczone Harremu Potterowi.
- A kto powiedział, że chce zabić Voldemorta?
- A nie?
- Nie. Jak mówiłeś to zadanie Harrego, on został wybrany.
- To co ty chcesz zrobić?
- Nic takiego. Mam tylko zamiar zemścić się na osobie, która zabiła moją mamę. - wzruszyłam ramionami, jakby to było najnormalniejszą rzeczą na ziemi. - A kruki mi w tym pomogą.
Nie miałam już nic dodania, odwróciłam się tyłem do niego. Chciałam zostać już sama.
- Młody Malfoy wie, że masz zamiar zabić jego ciotkę?
Odwróciłam się do niego zaskoczona. Zmarszczyłam brwi.
- A co ona ma do tego?
- To ona jest winna śmierci Aleksandry.
Zamrugałam kilkakrotnie.
- Skąd to wiesz?
- Widziałem nagrania z kamer.
- Kamer?
- Twój ojciec zamontował system monitoringu w waszym domu.
Nie powiedziałam nic, bo co mogłam? Tak naprawdę, czułam się bezradna. Cokolwiek bym zrobiła, nie zwrócę życia mojej mamie. Ból, jaki towarzyszył mi od wyjścia z WS, zwiększał się z każdą chwilą. Nie mogła się załamać, nie teraz.
- Muszę już iść Michaelu. Czekają na mnie.
Ruszyłam w stronę drzwi, które się otworzył. Stał w nich Draco. Z jego oczu mogłam wyraźnie wyczytać, że słyszał naszą rozmowę. I dobrze, niech wie, jaką ma ciotkę.
- Hermiono - wyszeptał.
Nie patrząc mu w oczy, wyminęłam go. Nie chciałam z nim teraz rozmawiać, nie mogłam znieść myśli, że to ktoś z jego rodziny jest odpowiedzialny za śmierć osoby, którą kochałam całym sercem. Wiedziałam, że to nie jego wina, że nie powinnam tak postępować, ale to było silniejsze ode mnie.
***
Na wyspie pogoda była tragiczna. Wiał silny wiatr, z nieba padał zimny deszcz, a wokoło panowała ponura atmosfera. Pogoda była przygnebiająca, idealna do zaistniałej tragedii. Przybili wszyscy, zasypując mnie tysiącami pytań. Kiedy powiedziałam im co się stało, zapadła cisza. Wiedziałam, że ta wiadomość nimi wstrząsnęła.
- Hermiono, jest nam bardzo przykro. - powiedział Aron.
- Mi też, ale nie mogę się załamać.
- Cokolwiek zdecydujesz, będziemy stać po twojej stronie, my również kochaliśmy Aleksandrę. - wypowiedział się za wszystkich Ethan.
Kiwnęłam głową, dziękując im tym samym za zaangażowanie. Powiedziałam im dokładnie, co planuję zrobić. Dałam im wybór, mieli zdecydować czy zostają ze mną, co wiązało się z przerwaniem nauki, czy wracają do szkół. Wszyscy byli zgodni. Nasz czas nadszedł, mogliśmy w końcu pomóc uratować świat. W końcu po to istnieje Bractwo.
 ***
Pogrzeb odbył się trzy dni później, w południe. Ceremonia jak tyle przybyłych osób, była niezwykle skromna i wzruszająca. Zjawili się zarówno mugole jak i czarodzieje. Mama swoim stylem bycia zyskała sobie dużo przyjaciół. Wielu ją opłakiwało. 
Wraz z tatą stałam na przodzie żałobnego orszaku. Ostatni raz pozwoliłam sobie na chwile słabości, nie powstrzymując wypływających łez. Stojąc prosto, wyczuwałam ciekawskie spojrzenia ludzi, spowodowane nie tylko śmiercią jednego z moich rodziców, ale sensacyjnej dla nich wiadomości. Dzisiejsze gazety szalały, rozpisując się o moim powiązaniu z Krukami. Ja milczałam, nie miałam im nic do powiedzenia. Sama czekałam na to, co się wydarzy.
Po pogrzebie, pożegnałam się z ojcem. Musiałam wrócić do szkoły i spakować swoje rzeczy. Przygotować się na nadejście kolejnych dni. Najważniejszą sprawą był Draco. Z blondynem nie rozmawiałam od pamiętnego wieczoru. Najzwyczajniej w świecie go unikałam. Wyczuwałam jego spojrzenia, widziałam próby zbliżenia się do mnie, jednak z pomocą Synti skutecznie mu to utrudniałam. Sama siebie nie rozumiałam, bo doskonale wiedziałam, że nie jest on jednym ze Śmierciożerców. Jednak łatwiej było go unikać. Zadziwiające jak szybko można zostać zwykłym tchórzem...
***
Dwie godziny później siedziałam na fotelu w dormitorium Draco, czekając na niego. Po upływie dwudziestu minut, drzwi otworzył się powoli. Przez próg wszedł blondyn. Był wyraźnie przybity, świadczyła o tym posępna mina. Położył się na łóżku, przecierając twarz dłońmi, wzdychając jednocześnie. Nie zauważył mnie. Wstałam powoli, podchodząc do łóżka. Pochyliłam się nad nim.
- Draco... - wyszeptałam, łamiącym się głosem.
Malfoy słysząc moje słowa usiadł, otwierając oczy. Nie zdążyłam się odsunąć, wskutek czego zderzyliśmy się głowami. Zobaczyłam przysłowiowe gwiazdki pod powiekami, jednak już po chwili tonęłam w ramionach chłopaka. Długo się nie odzywaliśmy, cisze przerwał on.
- Dlaczego? - zapytał, nie musiał dodawać nic więcej, wiedziałam o co pyta.
- Przepraszam, nie powinnam się od ciebie osuwać. Ja... cholera! Tak mi ciężko...
Pocałował mnie w głowę, mówiąc:
- Nie obawiaj się mnie, nie jestem taki jak oni. Myślałem, że mi ufasz.
- Bo ufam! Chodziło mi o sam fakt, że to twoja ciotka. Wiem głupie, dlatego przepraszam.
- Dobrze, ale nie rób mi już tego więcej. Myślałem, że zwariuje bez ciebie.
Spięłam się, jak mam mu obiecać coś takiego, jak dziś już mnie nie będzie w Hogwarcie?
- Draco... - zawahałam się- ...odchodzę.
- Dobrze. Zaraz, co? Jak to odchodzisz? - spojrzał na mnie zaskoczony - I co w ogóle znaczy odchodzę?
- Opuszczam szkołę, mam zamiar walczyć z poplecznikami Voldemorta.
- Jak będziemy się widywać? Bo będziemy, prawda? - spojrzał mi w oczy, szukając potwierdzenia swoich słów. Nie znalazł ich.
- Nie możemy. Wiem, że będzie nam trudno, ale musimy to przetrwać.
Draco milczał, zamyślonym wzrokiem wpatrując się w wesoło skaczące płomienie w kominku, tak różne od jego obecnego stanu ducha.
- Masz rację, tak będzie lepiej. Muszę ci o czymś powiedzieć. Dostałem list od ojca. Pisał, że mam się wstawić w domu. Chce abym…
Naszą rozmowę przerwał huk otwieranych drzwi. Do pokoju weszła zdyszana Syntia. Kiwnęła głową na powitanie Draconowi.
- Musimy już iść, wszyscy czekają.
- Dobra daj mi chwile, tylko się pożegnam.
Syntia pożegnała się z Draco krótkim: „uważaj na siebie” i już jej nie było. Spojrzałam w oczy, które śniły mi się po nocach. Nie wiedziałam, jak sobie bez niego poradzę.
- Muszę już iść.
- Hermiono nie zdążyłem ci powiedzieć najważniejszego.
- Nie ma teraz na to czasu. Ufam ci i cokolwiek zrobisz zawsze będę z tobą. - przytuliłam się do niego. W silnych ramionach chłopaka czułam się bezpiecznie, najlepiej w ogóle bym ich nie opuszczała, ale musiałam. - Błagam uważaj na siebie, nie chcę stracić kolejnej osoby, którą kocham. - pocałowałam go lekko w policzek.
Nie nawidzę pożegnań. Puszczając dłoń blondyna ruszyłam do wyjścia. Draco nie pozwolił mi na to, łapiąc mnie za rękę i odwracając w swoją stronę. PO chwili poczułąm jego usta na swoich. Złapał mnie za pośladki i przycisnął do drzwi, całując zachłannie. Uczepiłam się jego ramion, niczym ostatniej deski ratunku, nogami oplatając szczupłe biodra chłopaka.
W pocałunek włożyliśmy wszystkie emocje, jakie nami targały. Miłość, radość, tęsknotę i ból spowodowany rozstaniem. Trwaliśmy tak może sekundy, czy minuty. Nie wiem... Żadne z nas nie chciało przerywać tej chwili. Oderwaliśmy się od siebie, łapczywie nabierając powietrza. Zetknęliśmy się czołami, czując na sobie swoje oddechy.
- Tak bardzo cię kocham - wyszeptał.
W moich oczach pojawiły się łzy. Zamrugałam kilkakrotnie, byle by je powstrzymać. Draco pocałował mnie w czoło, stawiając na nogi. Odstąpił ode mnie na krok, a ja chłonęłam każdy fragment jego idealnego ciała. Chciałam zapamiętać każdą srebrną iskrę w jego oczach, każdy jego dotyk, zapach, głos...
- Będę tęsknić - wyszeptałam, otwierając drzwi. W progu zatrzymał mnie, łamiącym się głosem.
- Hermiono, uważaj na siebie.
Nie wytrzymałam i rozpłakałam się na dobre. Obawiałam się, że może być to nasze ostanie spotkanie. Zamykając drzwi, ostatni raz spojrzałam na młodego dziedzica. Po jego bladym policzku spływała jedna, samotna łza.
***
Dwa miesiące później, gdzieś w Wielkiej Brytanii….

W przygnebiającym zamczysku, którego położenia nikt nieupoważniony nie znał, zostało zwołane zebranie. W pomieszczeniu, które swoją świetność przeżywało kilkadziesiąt lat temu, na zdobionym tronie siedział Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. U jego stóp wił się wąż, sycząc złowrogo na przybyłych.
Postacie w czarnych pelerynach klęczały, oddając hołd swojemu panu.  Wyprostowały się jednocześnie, spoglądając niepewnie na swojego władcę. Nie wiedzieli, czego mogą się po nim spodziewać, wiedzieli jedynie, że targa nim bezgraniczna wściekłość.
- Może któryś z was mi powie, jak to się stało, że jedna z moich najbardziej oddanych Śmierciożerczyń nie żyje? - wysyczał w stronę zebranych.
Nikt nie śmiał się odezwać. Oni sami nie mogli pojąc jak to się stało, że Bellatrix nie żyje. Była najokrutniejsza z nich wszystkich. Wśród sług Czarnego Pana, cieszyła się szacunkiem i podziwem.
- ŻĄDAM ODPOWIEDZI!
Spośród dziesiątki zebranych, odezwał się przyjemny baryton, w ogóle niepasujący do tego miejsca.
- Panie, zaskoczyli ją. Akcja miała odbyć się bez zbędnych niespodzianek. Nie spodziewała się nikogo. Zaatakowali ją niespodziewanie, obezwładniając cała grupę, z którą była. Nikt więcej nie ucierpiał, jedynie Bella straciła życie.
- Podejdź do mnie chłopcze.
Z szeregu wystąpił młody mężczyzna, ściągając jednocześnie białą maskę, zasłaniającą jego przystojną twarz. Swoje oblicze, teraz chował jedynie pod kapturem. Pochylając głowę nisko, stanął przed swoim panem.
- Kto ją zabił? - zapytał Lord, swoimi czerwonymi ślepiami przewiercając wysportowaną sylwetkę młodzieńca na wskroś. Sunął po umyśle swojego poddanego jak po otwartej księdze. Wiedział, że młodzieniec mu na to pozwolił, w innym wypadku nie dałby rady wedrzeć się w myśli chłopaka. Był zadowolony, że zyskał kolejną potężną maszynę do zabijania.
- Hermiona Sullivan, panie. - odpowiedział, prostując się, wskutek czego jego kaptur opadł na ramiona chłopaka, odsłaniając jego platynowe włosy.
Lord Voldemort mógł teraz bez przeszkód spojrzeć w zimne jak lód oczy Draco Malfoya.