piątek, 4 kwietnia 2014

Takie małe co nieco, PROLOG!!!




Cześć! 

Dawno mnie tu nie było. Czas nadrobić zaległości! :) 

Mam dla was dwie (mam nadzieje) niespodzianki. 

Jedna z nich to pewny blog, którego znalazłam całkiem niedawno. Pochłonął mnie naprawdę doszczętnie, wciągając nie głęboko w swoją historie. Wiem, że może nie każdemu się to spodoba, ale naprawdę warto poświęcić swój czas, na czytanie go. 

http://voldemortgranger.blox.pl/2009/11/Rozdzial-1-1.html

Zapewne obudzi w was wiele kontrowersji, ale warto!!


Druga zaś to prolog. 

Postanowiłam, że ten blog będzie miał inne zakończenie.  

Zapraszam na początek końca. 

Buziaczki Fav!!

ps. liczę na komentarze, już teraz was uświadamiam, że nie ma nic za darmo :p

********************************


Anielska Straż 

Prolog



               Przyglądając się blondwłosemu, wychudzonemu mężczyźnie, spoczywającemu w łóżku, Michael zastanawiał się czy to faktyczni ta sama osoba, o której miał okazje dostawać raporty, przez ostatnie 21 lat. Wydaje się długo? Cóż jak na archanioła, ten czas nie znaczy nic, jedynie krople w morzu jego egzystencji. 
- Jesteś pewien Michaelu, że to jest ten o sam chłopak, kiedyś wyglądał całkiem inaczej.
- Ostatni raz widziałeś go, tusz po jego narodzinach. Oczywiste, że się zmienił.
- Wygląda dość..- zatrzymał się, szukając odpowiedniego słowa – marnie.
- Dużo ostatnio przeszedł.
- Może powinienem pozwolić mu umrzeć, w końcu tego pragnie, prawda?
- Na Archanioła… - wykrzyknął Michaela, nieświadomie.
- Taaak? – Idealna czarna brew podjechała do góry, ni to w złości ni to w rozbawieniu.
- Uh, wybacz. Zapominam, kim jesteś, kiedy otacza cię urok.– Łowca pokręcił głową, przeklinając swoją głupotę.- Może powinieneś dać mu swojej krwi? Wiem, że to jest szybko, nie przeszedł jeszcze inicjacji, ale w końcu stanie się jednym z nas. Przecież i tak, będziesz chciał go przemienić.
Archanioł zerknął na swojego drugiego, zastanawiając się ile wie. Michael był dość młody, miał zaledwie 170 lat, minęło 20 lat, od kiedy trafił do Rady Starszych, pod skrzydła Rafaela, mógł nie słyszeć o haniebnym wyczynie Gabriela. Złamanie najbardziej przestrzeganej zasady, jakie się dokonał, przyniosło z sobą owoc, na który patrzy.
- On nie potrzebuje mojej krwi.- Tak, jak myślał, Łowca spojrzał na niego zaskoczony.- W jego żyłach płynie anielska krew.
- Przecież łączenie się z ludźmi jest zabronione! To najświętsze prawo.
- Ja o tym wiem, sam ustalałem te zasady.
- Czyli chcesz mi powiedzieć, że on jest jednym z nas, dosłownie?! Tylko archanioł, może spłodzić dziecko z ludzką istotą.- Wypowiedziane zdanie zawisło w powietrzu, krążąc miedzy nimi.
- Gabriel zawsze miał słabość do śmiertelników. Przemiana nastąpi niedługo. Już za kilka dni będziemy mieli nowego Łowce.




środa, 19 lutego 2014

Epilog...





 Nie wiem co mnie napadło....
Zapewne mnie zabijecie, albo i nie..
Wyobrażałam sobie ten Epilog całkiem inaczej, cholera sama jestem zaskoczona. Wydaje mi się nawet, że zacznę kontynuować to co tu napisałam. 
Oceńcie sami, co o tym sądzicie. Proszę was, napiszcie co o tym sądzicie. 

Dziękuje wam za 33 tyś, wyświetleń i 300 komentarzy, przeszło to moje oczekiwania. 
Dziękuje że byliście ze mną do samego końca.

Tak naprawdę to ciesze się, że to koniec. 
A wiecie dlaczego? 
Otóż, jest to moje małe zwycięstwo!
Nie mogę uwierzyć, że w ogóle udało mi się dokończyć te opowiadanie, była pewna, że się poddam.
A jednak podołałam..
ale to dzięki wam..
 a teraz zależy od was czy nasz kochany Anielski Łowca będzie miał swoją historie.

Zapraszam na Epilog


 **************************************************************




Pierwsze pięć lat po bitwie był dla mnie jak bezkresna otchłań. Świadomy swojego bólu, pragnąłem szybkiej śmierci.  Rozpacz ciągnęła mnie ku ciemności, pochłaniając mnie boleśnie powoli, pozwalałem na to, bez mrugnięcia okiem.
                Każdego dnia, budziłem się z nadzieją, że jednak to, co mi się przydarzyło było dla mnie tylko koszmarem, jednak, kiedy otwierałem oczy, prawda docierała do mnie z dwojoną siłą.
Miłość, jaką darzyłem ukochaną, stała się moim przekleństwem, z biegiem lat, przerodziła się w palącą nienawiść do samego siebie. Stałem się, dla siebie potworem, nienawidziłem siebie za to, do czego się przyczyniłem, ukochana osoba zginęła, poświęcając swoje cenne życie, abym to ja przeżył. Nie zasługiwałem na to i byłem w pełni tego świadom.
                Próbowałem z sobą skończyć, chciałem tego, pragnąłem, niczym powietrza, jednak zawsze znalazł się ktoś, kto mi w tym przeszkodził. W końcu zaprzestałem prób, skazałem się na życie, w cierpieniu. Wtedy uważałem, że to najgorsza kara, jaka może mnie spotkać..  
                Mówią, że z biegiem czasu rany się goją, ludzki umysł wymazuje złe wspomnienia, jednak w moim przypadku było na odwrót. Mijały sekundy, minuty, godziny, dni, miesiące i lata, a mój ból powiększał się z każda minioną chwilą.
                Nie wiem, co by się ze mną stało, gdybym po raz tysięczny nie pojawił się nad jej grobem, błagając, aby do mnie wróciła i mnie ocaliła…..

Lato w tym roku było wyjątkowo beznadziejne, zamiast słonecznych dni, padał rzęsisty deszcz. Duże krople moczyły moją cienką koszule, klęczałem na kolanach w błocie, błagając o wybaczenie. Wyglądałem żałośnie. Nie żebym się tym przejmował. Nie interesowało mnie, co inni o mnie pomyślą, nie czułem nic, tylko głęboką pustkę. Nie pamiętam, w którym momencie zorientowałem się, że ktoś stanął blisko mnie. Może pomiędzy błaganie o to, aby powróciła, a pomstą dla niebios za to, że mi ja zabrali. Nie wiem, tak naprawdę to nie jest istotne.
- Jednak to, co ludzie mówili jest prawdą. Do czego ty się doprowadziłeś?- powiedział przybysz. Rozpoznałem głos od razu. Zaskoczony uniosłem na niego wzrok. Mężczyzna napotykając moje spojrzenie cofnął się o krok. Nie mogłem wtedy wiedzieć, że cofnął się, zaskoczony pustką w moich oczach.
- Co tu robisz Michaelu?
- Zapewne to samo, co i ty. Dziś są jej urodziny, miałaby 21 lat.
Mój żołądek zawiązał się w supeł.
- Nie wspominaj jej przy mnie – powiedziałem zadławiony głosem.
- Minęło już tyle czasu, nie uważasz, że czas najwyższy wyjść z tego dołka, w którego sam się wkopałeś? Użalanie się nad sobą nic ci nie da. Staw czoło swoim demonom i rusz dalej. Jesteś młody, masz jeszcze dużo życia przed sobą.
Poczułem się tak jak by ktoś kopnął mnie w tyłek. Nikt jeszcze nie powiedział mi tego, co on teraz, odezwało się we mnie moje dawne ja.
- Co ty do cholery możesz o tym wiedzieć, siedzisz na dupie w tej swojej wierzy z kości słoniowej i gówno się obchodzi cudze życie!- Wy warczałem w jego stronę, podnosząc się. Moje zdrętwiałe ciało zaprotestowało, kiedy podszedłem do niego bliżej.
- Nie masz racji, jej życie mnie obchodziło, błagałem nawet archanioła, którego imię nosze o przywrócenie jej do życie. Byłem w stanie oddać swoją dusze za nią. Na nic zdały się moje prośby, odmówił.
Jaki archanioł, o czym on kurwa bredzi? Zamrugałem kilkakrotnie, próbując pozbyć się deszczu z oczu.
- Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale coś takiego jak archanioł nie istnieje.- Powiedziałem z goryczą w głosie, zastanawiając się jednocześnie, co on chce osiągnąć. Michael spojrzał na mnie, wykrzywiając swoje usta w coś na kształt uśmiechu.
- Chodź! Nie mamy za wiele czasu.
- Nigdzie nie idę!
- Idziesz!- Powiedział spokojnie, jednak z jego głosu dało się wyłapać groźną nutę. Spojrzałem na niego zirytowany.
- Po co to robisz?
- Wykonuje rozkazy. No i obiecałem, że nie pozwoli ci się dalej pogrążać. Szkoda, abyś zmarnował swoje dary. 
- Jakie dary? Jestem potworem! Powinienem gnić w piekle, za to, co zrobiłem!- Zawołałem z desperacja w głosie.- Zostaw mnie w spokoju.
Blondyn spojrzał na mnie zaskoczony, przybliżając się.
- To nie twoja wina, to była jej decyzja. Nie możesz tego zmienić, nikt nie może. Próbowaliśmy, ale nie możemy sprzeciwiać się woli archanioła. Musisz zmienić swoje życie, za długo żyłeś w cieniu.
- Upadłeś na głowę.- Stwierdziłem sarkastycznie.- Albo jesteś psychicznie chory. Stawiam na to drugie. Anioły nie istnieją! Nie ma nic poza piekłem!
- Wierzysz w piekło, uwierz też w anioły. To one przynoszą nadzieje na lepsze jutro.
- Dla mnie nie ma nadziei.  
- Nie ty o tym będziesz decydował.- Powiedział zniecierpliwiony Michale.
Szybkim ruchem ręki machnął mi dłonią przed oczami. Zapadłem w sen. Ostanie, co zobaczyłem, to błysk białego światła.
               
Obudziłem się dwa dni później. Bolała mnie każda kość, nawet te, o których nie miałem pojęcia. Mrużąc oczy, przed oślepiającym światłem, rozejrzałem się po pomieszczeniu, w którym się znajdowałem. Był to kwadratowy pokój, urządzony nadzwyczaj skromnie. Mieściła się w nim jedna szafa stojąca naprzeciwko drzwi, obok stała komoda, naprzeciwko dużego dwu osobowego łóżka było ogromne okno zajmujące połowę ściany, grube granatowe zasłony były rozsunięte, ukazując śnieżnobiałe firanki powiewały przez chłodny wiatr, dostający się przez otwarte okno.  Na prawej ścianie od łózka znajdowały się dwie pary drzwi, oddzielone od siebie dużym dębowym biurkiem. Przekręciłem się na lewy bok, sięgając ręką do lampki, stojącej na szafce nocnej. Z westchniemy ulgi zgasiłem irytujące światło, pokój rozświetlał tylko blask księżyca w pełni.
Nie wiem jak długo tak leżałem, po pewnym czasie pojawił się Michael, na pytanie gdzie się znajduje, odpowiedział spokojnym głosem.
- W ośrodku szkoleniowym Anielskiej Straży.
Patrzyłem na niego szeroko otwartymi oczami, kiedy tłumaczył mi, co to jest Anielska Straż, po co istnieją i czym się zajmują. W pierwszej chwili nie wierzyłem w żadne jego słowo. A kiedy, kazał mi się ubrać, w rzeczy, które przyniósł z sobą, nawiasem mówiąc były one ze skóry, zaczynałem pojmować, że on w ogóle nie żartuje. Pokazał mi cały ośrodek, począwszy od biblioteki a skończywszy na zali treningowej.
- Zostałeś wybrany, spotkał cię zaszczyt, zostaniesz Anielskim Łowcą.

Wtedy jeszcze nie rozumiałem jego słów, nie rozumiałem niczego. Wiedziałem jedynie, że moje życie zmieni się diametralnie. Miałem możliwość stania się inna osobą i z niej skorzystałem. Z jednego piekła, wpakowałem się w drugie. Ja Draco Malfoy zostałem łowcą, wyparłem się świata czarodziejów, na rzecz ciągłej walki i igrania ze śmiercią. Jednak pamięć pozostała, miłość do Hermiony nie wygasła. Kochać będę ją zawsze, tylko jej udało się rozkruszyć lud w moim sercu. Czekałem z cierpliwie, wiedziałem, że każdy mieniony dzień przybliża mnie do spotkania z nią.

wtorek, 21 stycznia 2014

Rozdział 26 część 2!!!




Hola!!
Przepraszam, że kazałam wam czekać tak długo!
Zakładając tego bloga nie wyobrażałam sobie, że uda mi się dotrwać do końca opowiadania. To dzięki wam, pisałam te rozdziały z myślą, że ktoś tam jednak czeka, aby przeczytać moje dzieło. Miałam wzloty i upadki, załamania i dni radości. Wiem doskonale, że beznadziejna ze mnie autorka, kariery pisarza nie zrobię :p jednak jestem z siebie dumna. Rozpiera mnie pozytywna energia, którą mam zamiar przelać na nowe opowiadanie i nie mam na myśli Eltona! Wracając do rzeczy, to, dziękuje wam z całego serca za to, że byliście ze mną tak długo.

Całuje i ściskam
 Do epilogu..
 ***********************************************************************



- Kurwa!!
- Hermiona tutaj!- Zawoła Aristów. Stał przy otworze w ścianie. Nie zastanawiając się za dużo, wpadliśmy do pomieszczenia. Zaraz za nami, dziura zniknęła, nie pozostawiając po sobie śladu.
- Gdzie jesteśmy?- Zapytałam.
- W świńskim Łbie.- Odpowiedział nam głos, od strony schodów.
- Harry!- Rzuciłam się przyjacielowi na szyje.- Mieliście czekan na górze!
- Bo czekaliśmy, ale jest już, 5:05 ruszaliśmy was szukać. Chodźcie nie ma czasu. Ginni, już czeka. Przejście jest otwarte.
Weszliśmy do niewielkiego pokoiku, w którym znajdowali się wszyscy. Nie zdążyłam nawet powiedzieć słowa, kiedy Ginni rzuciła się na mnie, ściskając mocno.
- Tak się ciesz, że nic ci nie jest!
- Ja też Ginni.
- Ta.. Długo wam to zajęło.- Powiedział sceptycznie Aron.- Mieliśmy już iść wam z pomocą.
Spojrzała na niego chłodno, całkowicie ignorując to, co powiedział. Ruszyłam w stronę portretu.
- To jest to przejście?
- Tak.- Powiedział Ginni.- Jest otwarte.
- No to ruszajmy, nie ma czasu do stracenia. Podejrzewam, że niedługo Lord dowie się o naszym przybyciu do wioski. Łatwo doda dwa do dwóch. W Pokoju Życzeń, czekali na nas Neville z Luną. Po krótkim przywitaniu, powiedzieliśmy im po co tu jesteśmy. Musieliśmy wyznać im wszystko co wiemy, na temat Horkruksów.
- Kto wam pomagał? Znaczy, mówiłaś że, Dumbledore przekazał wam wskazówki, to skąd wiedzieliście gdzie ich szukać?
- W tym nam pomógł Snape. Voldemort bardzo mu ufa, te Horkruksy, które zdobyliśmy, to dzięki mu. On nam wskazał miejsca i czym są. Snape przypuszcza, że zostały jeszcze dwie cząstki duszy Czarnego Pana. Diadem, jest on prawdopodobnie w Hogwarcie i Naginii, waż którego Voldemort ma zawsze przy sobie.
- To Snap jest jednym z nas?
- Można tak powiedzieć, jest szpiegiem Zakonu.- Nevill, pokiwał głową zamyślony.
- A jak można je zniszczyć?
- No tu mieliśmy więcej szczęścia, niż rozumu. Sposób na zniszczenie Horkruksów, znaleźliśmy w Księdze Merlina. Miał ją Marcus, dlatego Lordowi tak bardzo zależało, na zdobyciu jej. No i tu pojawia się Dominika, ale to inna historia. Wracając do Horkruksów, to można je zniszczyć czymś co ma w sobie jad Bazyliszka. Mieliśmy miecz Godryka Griffindora, ale podczas akcji u Gringotta, zgubiliśmy go.
- Niedaleko Wierzy Astronomicznej, jest ukryta komnata. Widziałem kilka dni temu Snapa, zanoszącego tam coś zawiniętego w pokrowiec. Schowałem się za schodami, podsłuchując jego rozmowę. Nie wiem z kim rozmawiał, nie rozpoznałem głosu. Mówił, że to jest bezpieczne miejsce na miecz, że nikt go tu nie znajdzie. Zajmę się tym, zdobędę miecz.- Powiedział Nevill.
***
Szukanie diademu, było jak szukanie igły w stogu siana. Były to dla nas najgorsze trzy godziny. Ponownie byliśmy rozdzielni. Ja wraz z Sergiejem, zmierzaliśmy w stronę Komnaty Tajemnic.
- Jak my się mamy tam do cholery dostać!- Kopnęłam ze złości drzwi. Skrzywiłam się, na kontakt moich palców z metalowymi wrotami.
- Może wam pomóc?- Usłyszeliśmy za sobą, nie mogłam uwierzyć w to, co widzę.
- Ron?!
- Nie rób takiej miny, jak byś ducha zobaczyła. Głupio się przez to czuje.
- Co ty tu robisz?
- Chce wam pomóc. Wiem, Hermiono. Przepraszam za wszystko. Byłem głupcem. Wybacz.- Powiedział, na jednym wdechu. Wciągnęłam głęboko powietrze.
- No dobrze, jak chcesz nam pomóc?
- Zaraz ci pokarze, odsuń się.- Podszedł do mnie, przesuwając w prawo. Ustał przed drzwiami, sycząc. Obserwowałam go zdumiona, kiedy drzwi, otworzyły się bez problemu.
- Super nie?- Zapytał uradowany rudzielec.
- Skąd?- Wydukałam.
- Aaa! Harry gada przez sen.- Rzucił, jak gdyby nigdy nic i wszedł w głąb korytarza. Jednocześnie z Sergiejem, spojrzeliśmy na siebie, wzruszając ramionami. Ruszyliśmy za Ronem.

Komnata Tajemnic, nie zmieniła się w żaden sposób. No może, ostatnim razem, nie leżał tu martwy Bazyliszek. Z wyciągnięciem kła nie było żadnego problemu. Problem powstał, dopiero wtedy, kiedy przebiłam kłem kielich, unicestwiłam kolejną cześć duszy Voldemorta. Uciekaliśmy w popłochu, gonieni przez wodnego Bazyliszka. Zziajani wypadliśmy z lochów. Lochów?! Jak my się tu znaleźliśmy. Mniejsza o to. Doszły nas odgłosy walki, ruszyliśmy w górę. W głównym holu, dołączyli do nas pozostali. Razem wybiegliśmy na Hogwarcki dziedziniec.
- Harry masz?- Zapytałam w biegu.
- Mam.
- To dobrze, łap!- Rzuciłam mu kieł, którego udało nam się zabrać z sobą. Chłopak złapał go zwinnie, nie myśląc wiele, wbił go w diadem Roveny Ravenclaw. Błyskotka wybuchła, niczym bomba, powalając na kolana wszystkich. Podnieśliśmy się błyskawicznie.
- Została nam tylko Naginii.- Powiedział Ethan, otrzepując spodnie. Wyglądało to komicznie. Chłopak stał, w samym środku bitwy, wszędzie walały się upadające głazy, świstały zaklęcia, a on martwił się o swój ubiór.
- Już nie.- Powiedział Neville, idąc w nasza stronę. W jednej ręce trzymał miecz Griffindoru, a w drugiej łeb martwego węża. W oddali było słychać, wściekły ryk, pochodzący z Zakazanego Lasu.
- Jak ci się to udało? Przecież waż, był zawsze obok Voldemorta.
- Byłem w komnacie, o której wam mówiłem, tej od miecza. Odnalazłem go w momencie, kiedy usłyszałem kroki zbliżające się do drzwi. Nie wiedziałem gdzie mam uciekać, wiec wspiąłem się schodami na Wierze Astronomiczną. Był to Snape, wraz z Samym Voldemortem. Czarny Pan, krzyczał na niego, że jest nieudacznikiem, że przez niego miecz zniknął. Że teraz mamy czym go unicestwić, był tak wściekły, że rozkazał Naginii zabicie Snapa. Wiedziałem, że to jedyna okazja. Zabiłem węża i ocaliłem Snapa.
- No kolejny horkruks z głowy.- Powiedział Sergiej, klepiąc z uznaniem Nevila po plecach.
- Ruszmy się, trzeba im pomóc.- Powiedziałam patrząc na walczących.- Pamiętajcie nie możemy używać swoich darów, tylko magii za pomocą różdżki!- Chwile później, walczyliśmy wraz z pozostałymi.
***
Walka była wyrównana. Śmierciożercy walczyli zawzięcie, za idę swojego Pana. Syntia miała racje, dzisiejszego dnia, poległo bardzo dużo ludzi. Kątem oka obserwowałam Draco, w wirze walki. Był całkowicie pochłonięty tym, co robi, z uśmiechem na ustach, rzucał zaklęcia w nic niespodziewających się Śmierciożerców. Niektórym poświęcał więcej czasu częstując przeróżnymi zaklęciami. Cieszyłam się ogromnie, że nic mu nie jest, a jednocześnie bałam się o niego. Uczucie było nieznośnie, niepozwalające się mi na niczym skupić. Miałam przeczucie, że dzisiejszego dnia widzę go po raz ostatni. Bałam się własnych myśli.
Pojedynkowałam się właśnie ze Pansy Parkinson, kiedy zdałam sobie sprawę, że już od jakiegoś czasu nie widzę nigdzie Harrego. Gdzie on się do cholery podział! Mopsica, była dobrym przeciwnikiem, ale zaczynała mnie denerwować. Posłałam w jej stronę Drętwotę, której nie zdążyła odbić. Zaklęcie ugodziło ją w pierś, powalając na mokrą trawę.
Pobiegłam w stronę otoczonego Rona. Chłopak nie miał szans, z ledwością odbijał zaklęcia. Wpadłam w krąg, jakim go otoczyli, stając plecami do pleców Rona. Zaklęcia śmigały jak szalone, powalając na ziemnie sługusów Czarnego Pana.
- Dziękuje Hermiono, gdybyś mi nie pomogła było by zapewne już po mnie.- Powiedział Ron, ocierając z czoła krople potu. Posłałam mu lekki uśmiech. 
- Nie ma, za co. Widziałeś Harrego?
- Tak. Pobiegł w stronę Zakazanego Lasu.
Przeklęłam siarczyście, na głupotę Chłopca Który Przeżył. Miałam nadzieje, że nic mu się nie stanie. Śmierciożercy padali, jeden po drugim, niczym muchy. Na błoniach się przerzedzało, gołym okiem było widać, że wygrywamy.
- Draco!!- Krzyknęłam, kiedy zobaczyłam w oddali Malfoya. Biegł w moją stronę, z wyciągniętą różdżką, rzucając na wszystkie strony przeróżnymi zaklęciami. Były one uśmiercające jak i obronne. Odetchnęłam z ulgą widząc go całego i zdrowego.- Boże, jak dobrze, że nic ci nie jest. Tak się martwiłam.- Wpadłam w jego ramiona. Syknął cicho, lekko się odsuwając. Dopiero teraz zobaczyłam krew, która sączyła się spod koszuli.- Czym oberwałeś?
- Nie wiem, ale kurewsko boli.- Powiedział, podciągając do góry, niegdyś białą koszule. W międzyczasie zrobiło się nienaturalnie cicho. Chwile później rozległ się syczący głos Lorda Voldemorta od strony Zakazanego Lasu.
- Moi słudzy, wierni poddani. To już koniec! Opuście różdżki!- Powiedział, krocząc dumnie przez Hogwarckie błonia, za nim wyłaniali się jego najbliżsi Śmierciożercy.- Harry Potter, nie żyje. Poddał się, po to abyście wy przeżyli.- Wciągnęłam szybko powietrze, na widok Hagrida, niosącego bezwładne ciało mojego przyjaciela. Ułożył je u swoich stup, pochlipując głośnia.- Daje wam wybór, poddajcie się i dołączcie do mnie, albo…sami wiec co was czeka.
Zapadła cisza, Tom Riddle patrzył na nas wyczekująco, niektórzy czarodzieje, opuszczali różdżki, przechodząc na czarną stronę. Zostało nas niewielu, mała kupka ludzi, pragnących wolności i pokoju w naszym świecie. Stałam wyprostowana, a najważniejsze u mojego boku stał Draco.
- Draconie, nie dołączysz do mnie?- Zapytał Czarny Pan, z nuta złości w sowim gadzim głosie.
Chłopak milczał, patrząc prosto w oczy swoim rodzicom.
- Draconie..- Powiedziała Narcyza zalęknionym głosem.
- Nie matko, jestem po właściwej stronie. To wy powinniście dołączyć do mnie.
- Nie kpij sobie z nas synu, twoje miejsce jest u naszego boku. Masz natychmiast do nas dołączyć.- Powiedział ojciec Dracona z wściekłością. Blondyn jedynie pokiwał głową, nie ruszając się o krok.
- Nie ojcze, kazałem ci wybrać. Wybrałeś, ale ja również. Nie zmiennie mojego zdania.
- Nie mamy wyboru! On nie należy do nas. Ty zostaliśmy wybrani. Powinniśmy być z tego dumni.
- Jednak ja nie jestem. Nie powiesz nic, co mnie przekona do podążenia za tobą.
- Może to jakoś wpłynie na zmianę twojego zdania.- Wysyczał Lord, tracąc cierpliwość.- Avada Kedavra!- Padło niespodziewane zaklęcie, mierzone w Narcyzę Malfoy, kobieta niczego się nie spodziewająca, padła u stup swojego męża, z przerażeniem wymalowanej na twarzy.
Rozwścieczony Draco, nie panując na odruchami, zaczął ciskać w swojego dawnego pana wszelakim zaklęciami, ten jedynie śmierć się szyderczo, odbijał bez problemu atakujące go klątwy. Nie udało mu się odbić jednego, które przeleciało obok jego głowy, rozcinając trupio bladą skórę na policzku.
- Ty parszywy zdrajco!!- Wściekły głos Lord Voldemorta, rozbrzmiał po całych błoniach. Bez problemu pozbawił blondyna jedynej rzeczy jaką mógł się bronić, stał teraz z wymierzona różdżką w jego stronę. Draco padł zmęczony na kolana, oddychając głośno, posyłał w stronę swojego przeciwnika, mordercze spojrzenie- Jak śmiałeś! Wierzyłem w ciebie! Pokładałem nadzieje, ze staniesz się moim zastępcą! A ty bratasz się z wrogiem! Zginiesz rozumiesz.- Zaśmiał się szyderczo.
Wiedziałam, że zaraz rzuci zaklęcie uśmiercające, ale nie mogłam nic zrobić, stałam jak skamieniała.
- Avada Kedavra!- Padło zaklęcie, ale nie tylko z ust Czarnego Pana.
Harry podniósł się z ziemi, posyłając niewybaczalne zaklęcie w stronę nic niespodziewającego się Voldemorta, jednak nie było czasu się nad tym radować. W stronę Dracona, leciało zielone światło. W ostatniej chwili, zdołałam odepchnąć chłopka, przyjmując na siebie śmiercionośne zaklęcie. Jak z oddali odtarły do mnie przeraźliwy krzyk rozpaczy, nie byłam pewna czy to był mój tata czy może Draco, może obydwoje. Nie miałam możliwości sprawdzenia, obezwładniła mnie ciemność. Przepadła w nicość, kończąc swoje życie.