Cześć wam :) no i mamy kolejny rozdział :)
Dzięki za komentarze i proszę was komentujcie, jest to bardzo dla mnie ważne
Pozdrawiam DraMion
--------------------------------------------------------------------------------------
Draco
Ból jaki czułem w tej chwili był ogromny, udo mnie paliło żywym ogniem. Przerażony, patrzyłem jak wampir ponownie szykuje się do ataku. Zasłoniłem ręką oczy nie chcąc tego widzieć. Jednak nic się nie wydarzyło. Jedyne co usłyszałem to słowa:
- Hermiona, zrób coś! Nie daję rady.
Podniosłem powieki, otaczała mnie złota poświata, a w moim
kierunku szła Granger. Z jej rąk wydobywały się długie, błękitne liny, które w
kilka sekund z powrotem schowały się w jej dłoniach. Wyglądało to tak, jakby
wciągała moc w czystej postaci do swojego ciała.
Co tu się kurwa
dzieje?
Czułem jak siły mnie opuszczają, więc zamknąłem ponownie
powieki. Ogarniała mnie ciemność. Nie rozróżniałem już głosów. Ktoś dotknął
mojej nogi, a ja syknąłem z bólu.
- Blaise, proszę idź po pomoc. Nie wpuszczaj również nikogo
do sali. Draco nie trać przytomności, słyszysz?! Otwórz oczy.
Grenger! Kurwa! Łatwo
ci mówić, to nie ty prawie zostałaś pogryziona przez wampira! W sumie kto cię
tam wie…
- Hermiona, on umiera. Błagam cię, uratuj go.
- Jeśli jest nieprzytomny, nie mogę użyć mojej mocy, aby go
uratować. Za duże ryzyko, mogę go zabić. Malfoy, jeśli mnie słyszysz poruszaj
proszę ręką.
-Jak byś nie
zauważyła, to ja właśnie odlatuje! - Pomyślałem zirytowany.
-Ok, może zaboleć,
sorki.
-Granger, wypad z
mojej głowy!
Z ledwością podniosłem powieki.
Pochylały się nade mną dwie osoby. Syntia, ze zmartwionym wyrazem twarzy i
Granger, która skupiła swoją uwagę na moim udzie. Podniosła dłonie, trzymając
je nad moją nogą, szepcząc jakieś dziwne słowa. Ponownie z jej rąk wydobyła się
błękitna moc, spływająca na moje ciało. W pierwszej chwili cholernie zapiekło,
natomiast później czułem już błogie uczucie, powoli ogarniającej mnie
ciemności.
Pierwszy raz odzyskałem
przytomność podczas badania przez pielęgniarkę. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Ubrana była w biały fartuch, zatem to musiała być pielęgniarka. Wykrzykiwała
ciągle jakieś polecenia innym osobom, a jej głos cholernie irytujący, wbijał mi
się do głowy niczym gwoździe. Drugi raz odzyskałem przytomność, jak do szpitala
wpadł mój ojciec, blady jak ściana. Za trzecim razem obudziły mnie szepty…
- Co mówią lekarze?
- Rokowania są beznadziejne…
Jeśli przeżyje noc, to będzie cud. Kiedy go operowali, stracił ponownie dużo
krwi. Marcus za bardzo uszkodził mu tętnice.
- Dlaczego on jest w normalnym
szpitalu? Niech zabiorą go do Munga!
- Jego ojciec sprowadził
magomedyków. Nikt nie jest w stanie mu pomóc.
- Hermiona, a jeśli on… O Boże….
- Hej, spokojnie. Musisz w niego
wierzyć. Chciałabym powtórzyć uzdrawianie.
- Jak to? Przecież nie dasz rady!
Wykończysz się.
- Nic mi nie będzie, on musi
przeżyć!
- Wiesz, nie rozumiem jednego,
dlaczego za pierwszym razem nie zadziałało? Nigdy nie było takiej sytuacji,
zawsze twoja moc była skuteczna.
- Nie o to chodzi. Z moja mocą
jest wszystko dobrze.
- To ja nie rozumiem, co się
dzieje do cholery?!
- Nie skończyłam go leczyć. Gdyby
mi nie przerwano, byłoby z nim wszystko dobrze, ale nie myśl, że zdziałam cuda.
Przetoczyli mu bardzo dużo krwi, jeśli jego organizm jest silny, wydobrzeje,
jeśli zaś nie…
- Nie kończ proszę, musimy go
uratować.
- Dobrze, pilnuj wejścia i pod
żadnym pozorem nikogo nie wpuszczaj.
Nastała cisza… Po chwili
usłyszałem kroki i zamykanie drzwi.
- Widzisz Malfoy, jak ja się mam
z wami arystokratami. - Cichy szept… - Tare de mino, tare de no. Sanuse se
mino. Tare de mino, tare de
no. Sanuse se mino.
Znowu te same słowa, tylko tym
razem nie piekło. Czułem chłód w prawym udzie, rozchodził się po moim ciele
razem z krwią. Ponownie straciłem przytomność.
Hermiona
Ostatnia noc była jakimś cholernym koszmarem. Bójka w klubie, policja, szpital, walka o życie Draco, pięciogodzinna operacja i jeszcze nic nie wiadomo. Zasrani lekarze, nie potrafią w ogóle mu pomóc. Jak mogłam dopuścić do takiej sytuacji?
- Kurwa!
Wykrzyknęłam, rozbijając wazon z
kwiatami o ścianę. Zafascynowana, obserwowałam wodę ściekającą po ścianie.
Ciche pukanie dobiegło od strony drzwi.
- Proszę!
- Panienko, ma panienka gościa.
Czeka on w salonie. Mówi, że to bardzo ważna sprawa.
- Nie przedstawił się?
- Nie, powiedział tylko, że
pewnie się domyśla się panienka jego dzisiejszej wizyty.
Jednak ten ktoś w ogóle nie miał
racji. Nikogo się dziś nie spodziewałam. Z duszą na ramieniu, poszłam na
spotkanie z moim gościem. Nie miałam zielonego pojęcia kim jest ta osoba i
czego może chcieć o takiej porze. Kurna, dochodziła 5 rano. Z mieszanymi
uczuciami weszłam do salonu.
Naprzeciwko drzwi, zapatrzony w
kominek, stał mężczyzna ubrany w biały garnitur. Dumna postawa, nienaganne
maniery, chłodna elegancja. Emanowała od niego potężna moc. Odezwał się do
mnie, kiedy tylko zamknęły się za mną drzwi.
- Witaj Katherino.
On, jako jedyny ze Starszych
zwracał się do mnie Katherino, nie Hermiono jak pozostali. Uważany był za
najważniejszego członka starszyzny. Nie wiedząc czego mam się spodziewać,
milczałam, słuchając uważnie słów w mojej podświadomości, która krzyczała:
Uważaj!
- Podejrzewam, że wiesz po co tu
jestem, prawda? - Nie czekając na moją odpowiedź, kontynuował, dalej patrząc w
płomienie. - Jestem niezadowolony z dzisiejszych wydarzeń. Jak mogłaś dopuścić
do tego, że Syntia użyła swojej mocy, kiedy za ścianą było pełno mugoli? Twoje
Bractwo po raz kolejny złamało nakazy! Jesteś przewodniczącą i masz nad nimi
panować! Chciałem cię poinformować, że młody Malfoy ma mieć wyczyszczoną
pamięć.
- Co? Dobrze wiesz, że tego nie
zrobię! On jest jednym z nas! Nie mogę na to pozwolić!
- Sprzeciwiasz mi się? Jeśli nie
ty, to ja to zrobię!
- Nie! Jak mówisz to moje
Bractwo, a on będzie częścią niego! Nie pozwoli ci go skrzywdzić!
Wzburzona stałam pośrodku salonu, niedowierzająco w jego słowom.
- Twoje, czy nie, nie panujesz
nad nim. Wymyka ci się spod kontroli, jesteś nieodpowiedzialna.
Zaczynała mnie już męczyć ta
rozmowa. Przeżyłam ciężką noc, moja magia była na wyczerpaniu, a do tego
dostaję reprymendę od samego Rafaela.
- Czy to już wszystko co chciałeś
mi powiedzieć? Jest piąta rano, jestem wykończona, chciałabym się położyć już
spać, zwłaszcza, że mam być jutro rano w szpitalu. Wiec jakbyś mógł, proszę
powiedz mi to co masz, bo wiem że to jeszcze nie koniec Twojego wykładu.
Spojrzał na mnie zdziwiony. Jego
czarne oczy lustrowały moja osobę.
- Nigdy jeszcze się do mnie nie
zwróciłaś takim tonem. Zaskakujesz mnie
Katherino. Najpierw sprzeciwiasz się naszemu rozkazowi, teraz omalże nie
wyrzucasz mnie ze swojego domu. Myślałem, że mnie szanujesz?
- Dobrze wiesz, że tak jest.
Jesteś jedynym z dziesiątki, którego się obawiam i szanuję jak nikogo innego.
Jestem wykończona, przepraszam jeśli cię obraziłam, ale ty uczyniłeś to
pierwszy. Jak mogłeś pozwolić na to, aby zapadł taki rozkaz? Nie mogłeś się
wstawić za nim? Wiesz, że jest rodziną S? Jak mogłabym cokolwiek mu zrobić, nie
raniąc przy tym jej?
- Ktoś musi ponieść za to karę!
- Co masz na myśli?
- Jeśli nie usuniesz mu pamięci,
karę poniesie Syntia. Ona jest odpowiedzialna za to ujawnienie mocy. Chcę, aby
stanęła przed nami o 17, w Alpach.
- Chcesz powiedzieć, że albo
Draco, albo Syntia? Oszalałeś? Ona nie jest za to odpowiedzialna! Cholera
Raphael, to moja wina! To przez moją głupotę Marcus zaatakował Draco. Nic nie
wiesz!
Krzyczałam, ciągnąc się za włosy.
Zdezorientowany mężczyzna złapał mnie za ramiona i potrząsnął mną lekko.
- Uspokój się! Wiem co czujesz do
nich obu i wiem również co się tam stało!
Wyrwałam się Raphaelowi i
usiadłam na kanapie, podciągając kolana pod brodę. Tysiące myśli krążyło po
mojej głowie. Siedziałam tak milcząc, próbując coś wymyślić. W mojej głowie
urodził się pewnie pomysł.
- Jaka kara czeka S?
- Myślę o tym, aby odebrać jej
moc tarczy. Byłoby to sprawiedliwe.
Patrzyłam się na niego, nie mogąc
uwierzyć w to co mówi. Od kiedy stał się taki bezwzględny? Gdzie się podział
ten człowiek, który mnie uczył?
- Nie możesz jej ukarać w tak
okrutny sposób. To jest niedorzeczne! Ona ratowała swoją rodzinę! Błagam cię
Raphael, musisz znaleźć inne wyjście.
- Rada chce winnego, ktoś musi
ponieść karę.
- Pozwól mi się tym zająć.
Obiecuję, że jutro w Alpach, pojawi się winna osoba.
- Dobrze, teraz jest jeszcze
jedna sprawa. Asad uciekł, pomogła mu w tym jedna z kapłanek. Chłopak rozkochał
ją w sobie. Dziewczyna była nim całkowicie oczarowana. Obiecał jej, że uciekną
razem. Uwolniła go, jednak on uciekł sam. Kapłanka oczywiście nie żyje. Chcę,
abyś go odnalazła i zabiła, albo cokolwiek chcesz z nim uczynić. Decyzja należy
do ciebie. Jest on jednym z twoich. Wymierz mu karę i pokaż kto rządzi. Z mojej
strony to wszystko. Śpij dobrze Katherino.
Ruszył w stronę drzwi, jednak w
miejscu zatrzymało go moje pytanie.
- Kto zabił kapłankę?
- Ja.
Powiedział i zniknął, zostawiając
mętlik w mojej głowie. Nie wiem ile siedziałam na kanapie. Do rzeczywistości
przywołał mnie głos Toma.
- Panienko, myślę, że panienka
powinna się położyć spać.
Bez zbędnych słów, udałam się do
swojego pokoju. Padłam wykończona na łóżko. Nie służyło mi użycie tak silnej
magii dwa razy na dobę. Mój organizm ledwie się trzymał na powierzchni. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.
Obudziły mnie promienie słońca.
Niezadowolona, naciągnęłam na głowę kołdrę, broniąc się przed okrutnym światłem.
Do mojej głowy napłynęły wspomnienia, a czarne myśli nie dawały mi spokoju.
Wiedziałam co zrobię, już wczoraj to wiedziałam.
- Hermiono…
Zaskoczona usiadłam na łóżku,
ściągając z głowy przykrycie. Na kanapie siedział nie kto inny jak Marcus.
- Marcus? Co ty tu robisz?
- Chciałem się dowiedzieć co z
chłopakiem.
Draco
Kiedy otworzyłem oczy, za oknem świeciło słońce, a w sali nikogo nie było. Rozejrzałem się dookoła. Leżałem w oddzielnym pokoju, zapewne ojciec o to zadbał. Pokój przypominał to samo pomieszczenie co w domu. Przez otwarte drzwi widać było salon.
Leżałem nieruchomo, bojąc się
poruszyć. Ciało wydawało mi się jakby z kamienia, nie miałem siły nawet ruszyć
palcem u ręki. Przypomniałem sobie całe zdarzenie.
Jakim cudem Granger ma taka moc? Kim ona do cholery jest? Jeszcze do
tego Syntia, ona o wszystkim wiedziała, a może mi się wydawało… Sam nie wiem.
Do sali weszła pielęgniarka w
towarzystwie moich rodziców, zamknąłem oczy udając, że śpię.
- Jestem zaskoczona, od kiedy
jestem pielęgniarką nigdy nic się takiego nie wydarzyło. W jednej chwili
chłopak był umierający, a w następnej jego stan był już stabilny, nic mu nie
groziło. Jego rana na nodze całkowicie się zrosła, pozostała tylko czerwona
blizna. Nie wiem czy to możliwe, ale stało się to tak, jakby ktoś go uleczył.
Nie to oczywiście niemożliwie nawet dla nas, czarodziei. Jednak nie znajduję
żadnego innego wytłumaczenia na to, co się wydarzyło. Zostało tylko jedna
możliwość…
- Jaka? – Odezwał się mój ojciec,
w jego głosie można było usłyszeć strach.
Strach? Jasne, może jeszcze o mnie? Akurat, bo uwierzę…
- To cud! Wasz syn miał ogromne
szczęście.
- Jak w ogóle doszło do takiej
sytuacji? To jest niedopuszczalne. – Wysyczała moja matka.
Ta przynajmniej nie udaje, że coś się zmieniło.
- Myślę, że na to pytanie, znacie
państwo odpowiedź. A teraz przepraszam, ale muszę się udać po Severusa, miał mi
dostarczyć eliksiry dla Draco.
Po wyjściu magomedyczki, nastała
cisza. Pierwsza odezwała się matka.
Mówiła pustym głosem.
- Lucjuszu, co o tym wszystkim
myślisz? To jest niedopuszczalne, aby coś takiego przydarzyło się naszemu
synowi. Bujka w barze? Z wampirem?! Nie mogę w to uwierzyć!
- Cicho bądź, kobieto. On
potrzebuje spokoju. Najważniejsze, że nic mu nie jest i że wyzdrowieje, nawet
blizny nie będzie miał. Myślę, że powinniśmy podziękować tej Grenger za
uratowanie nam syna, kto wie, co by było, gdyby nie jej interwencja.
- Dziękować szlamie? Nigdy!
- Witaj kochana ciociu, jak na
arystokratkę znasz bardzo nie arystokratyczne słownictwo. Witaj wuju. –
Powiedziała sarkastycznie Syntia.
- Witaj kochana chrześnico, wiesz
może gdzie znajdę pannę Granger? - Zapytał ojciec.
On chyba naprawdę się martwi. Nie do wiary, wielki i potężny Lucjusz
Malfoy chce dziękować Hermionie... pfff… znaczy Granger…
- Zaraz powinna tu być, rozmawia
właśnie z profesor McGonagall.
- Syntia, jak on się czuje? -
Dało się usłyszeć nowy głos.
Zaciekawiony podniosłem powieki. W progu stała
dziewczyna, wielkimi oczami wpatrując się w moich rodziców. Ojciec podszedł do
niej i skłonił się uprzejmie.
- Witam, panno Granger. Chciałbym
wraz z moja żoną, uroczyście ci podziękować za uratowanie życia mojemu synowi.
Zszokowana dziewczyna spojrzała w
stronę SS, marszcząc brwi ze złości.
- Nie rozumiem o co panu chodzi,
panie Malfoy.
- Jak to o co? Gdybyś nie
przytrzymała tego wampira zaklęciem w miejscu, po moim synu nic by nie
zostało.- Wyjaśnił ojciec. Widać było,
że odetchnęła z ulgą, po czym uśmiechnęła się uroczo.
- Proszę mi uwierzyć, zrobiłabym
to dla każdego.
- To jednak nie zmienia faktu, że
mam u ciebie dług wdzięczności. Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebowała, wiesz
gdzie mnie znaleźć. A teraz wybaczcie nam, udamy się na rozmowę do lekarza.
Narcyzo…
Po wyjściu moich rodziców, obie
dziewczyny podeszły do okna. W ogóle nie zwracając na mnie uwagi. Hermiona
usiadła na krześle, łokcie oparła na
kolanach, a dłonie złożyła jak do modlitwy, opierając na złączonych kciukach
głowę. Widać było, że coś ją gryzie. Odezwała się cichym, zmartwionym głosem.
- Syntia, wiesz, że twój kuzyn
jest jednym z nas, prawda?
- Jak to? Przecież jest nas już
tyle ile powinno być.
- Co tysiąc lat rodzi się ośmioro
dzieci, ósme od zawsze jest chłopcem.
- Skąd to wiesz? Chodzi mi o
Draco…
- Nie zauważyłaś? Malfoy włada
ogniem. Podpalił ramię Marcusa. Sama tego nie widziałam, ale powiedział mi o
tym właśnie Marcus. Dopiero po tym, jak mi to oznajmił, zjawiłam się w szpitalu
i przyjrzałam się mu dokładnie. Moc dopiero się w nim budzi. Podejrzewam, że
nie ma zielonego pojęcia, że ją posiada. Musimy czekać.
- Byłaś już tu? Kiedy?
- Jakieś 2 godziny temu. Był
nadal nieprzytomny.
- I to cię tak martwi?
- Nie, mam teraz inny
poważniejszy problem na głowie. Rada mnie wzywa. Asad zdradził, mam go znaleźć
i wyznaczyć mu karę.
- Uciekł? Jak mu się to udało?
Jak to zdradził?- Odezwała się Syntia.
- Uciekł, ponieważ pomogła mu
jedna z kapłanek. Przeszedł na stronę Voldemorta, nie wiem ile mu wyznał, czy
coś w ogóle mu powiedział.
- Co z kapłanką?
- Raphael ją zgładził.
- Jaka karę zastosujesz dla
Asada?
- Śmierć.
Wytrzeszczyłem oczy w
niedowierzaniu. Syntia jedynie popatrzyła na nią ze współczuciem.
W co one się wpakowały?!
- Nie rozumiem jednego, skoro
wiesz jakie wyznaczyli ci zadanie, to dlaczego cię wzywają? - Zapytała moja
kuzynka. Hermiona spojrzała na nią z bólem.
- Dlatego, że została złamana
zasada. Użyłaś tarczy bez mojej zgody. Nie wiem jakim cudem Rada się
dowiedziała, ale wiedzą i chcą twojej kary. Nic więcej Raphael mi nie
powiedział. O 17 mam zjawić się w siedzibie. Nie wiem kiedy dokładnie wrócę.
- Nie martw się, nic mi nie
zrobią, przecież jest on jednym z nas.
- Czy ty nic nie rozumiesz? Ich
to nie obchodzi. Mają to gdzieś, dla nich zasady są święte. Boję się. - Załamał
się jej głos. Podniosła się z krzesła. Położyła ręce na barkach Syntii, a ta
zapatrzyła się w okno, by po chwili zrozumieć sens wypowiedzianych słów. Ze
strachem w oczach, zwróciła się w stronę Hermiony.
- Zrobię wszystko co w mojej
mocy, aby cię bronić. Nie pozwolę na to, aby coś ci się stało. Przysięgam.
Między nimi zapadło milczenie,
więc postanowiłem przypomnieć im o swojej obecności.
- Możecie mi wyjaśnić, co tu się
kurwa dzieje?!