Nie wiem co mnie napadło....
Zapewne mnie zabijecie, albo i nie..
Wyobrażałam sobie ten Epilog całkiem inaczej, cholera sama jestem zaskoczona. Wydaje mi się nawet, że zacznę kontynuować to co tu napisałam.
Oceńcie sami, co o tym sądzicie. Proszę was, napiszcie co o tym sądzicie.
Dziękuje wam za 33 tyś, wyświetleń i 300 komentarzy, przeszło to moje oczekiwania.
Dziękuje że byliście ze mną do samego końca.
Tak naprawdę to ciesze się, że to koniec.
A wiecie dlaczego?
Otóż, jest to moje małe zwycięstwo!
Nie mogę uwierzyć, że w ogóle udało mi się dokończyć te opowiadanie, była pewna, że się poddam.
Nie mogę uwierzyć, że w ogóle udało mi się dokończyć te opowiadanie, była pewna, że się poddam.
A jednak podołałam..
ale to dzięki wam..
a teraz zależy od was czy nasz kochany Anielski Łowca będzie miał swoją historie.
Zapraszam na Epilog
**************************************************************
Pierwsze
pięć lat po bitwie był dla mnie jak bezkresna otchłań. Świadomy swojego bólu, pragnąłem
szybkiej śmierci. Rozpacz ciągnęła mnie
ku ciemności, pochłaniając mnie boleśnie powoli, pozwalałem na to, bez
mrugnięcia okiem.
Każdego dnia, budziłem się z
nadzieją, że jednak to, co mi się przydarzyło było dla mnie tylko koszmarem, jednak,
kiedy otwierałem oczy, prawda docierała do mnie z dwojoną siłą.
Miłość, jaką darzyłem ukochaną, stała się moim przekleństwem, z biegiem
lat, przerodziła się w palącą nienawiść do samego siebie. Stałem się, dla
siebie potworem, nienawidziłem siebie za to, do czego się przyczyniłem,
ukochana osoba zginęła, poświęcając swoje cenne życie, abym to ja przeżył. Nie
zasługiwałem na to i byłem w pełni tego świadom.
Próbowałem z sobą skończyć,
chciałem tego, pragnąłem, niczym powietrza, jednak zawsze znalazł się ktoś, kto
mi w tym przeszkodził. W końcu zaprzestałem prób, skazałem się na życie, w
cierpieniu. Wtedy uważałem, że to najgorsza kara, jaka może mnie spotkać..
Mówią, że z biegiem czasu rany
się goją, ludzki umysł wymazuje złe wspomnienia, jednak w moim przypadku było
na odwrót. Mijały sekundy, minuty, godziny, dni, miesiące i lata, a mój ból powiększał
się z każda minioną chwilą.
Nie wiem, co by się ze mną
stało, gdybym po raz tysięczny nie pojawił się nad jej grobem, błagając, aby do
mnie wróciła i mnie ocaliła…..
Lato w tym roku było wyjątkowo beznadziejne, zamiast słonecznych dni, padał
rzęsisty deszcz. Duże krople moczyły moją cienką koszule, klęczałem na kolanach
w błocie, błagając o wybaczenie. Wyglądałem żałośnie. Nie żebym się tym przejmował.
Nie interesowało mnie, co inni o mnie pomyślą, nie czułem nic, tylko głęboką pustkę.
Nie pamiętam, w którym momencie zorientowałem się, że ktoś stanął blisko mnie.
Może pomiędzy błaganie o to, aby powróciła, a pomstą dla niebios za to, że mi
ja zabrali. Nie wiem, tak naprawdę to nie jest istotne.
-
Jednak to, co ludzie mówili jest prawdą. Do czego ty się doprowadziłeś?-
powiedział przybysz. Rozpoznałem głos od razu. Zaskoczony uniosłem na niego
wzrok. Mężczyzna napotykając moje spojrzenie cofnął się o krok. Nie mogłem
wtedy wiedzieć, że cofnął się, zaskoczony pustką w moich oczach.
-
Co tu robisz Michaelu?
-
Zapewne to samo, co i ty. Dziś są jej urodziny, miałaby 21 lat.
Mój
żołądek zawiązał się w supeł.
-
Nie wspominaj jej przy mnie – powiedziałem zadławiony głosem.
-
Minęło już tyle czasu, nie uważasz, że czas najwyższy wyjść z tego dołka, w
którego sam się wkopałeś? Użalanie się nad sobą nic ci nie da. Staw czoło swoim
demonom i rusz dalej. Jesteś młody, masz jeszcze dużo życia przed sobą.
Poczułem
się tak jak by ktoś kopnął mnie w tyłek. Nikt jeszcze nie powiedział mi tego,
co on teraz, odezwało się we mnie moje dawne ja.
-
Co ty do cholery możesz o tym wiedzieć, siedzisz na dupie w tej swojej wierzy z
kości słoniowej i gówno się obchodzi cudze życie!- Wy warczałem w jego stronę,
podnosząc się. Moje zdrętwiałe ciało zaprotestowało, kiedy podszedłem do niego
bliżej.
-
Nie masz racji, jej życie mnie obchodziło, błagałem nawet archanioła, którego imię
nosze o przywrócenie jej do życie. Byłem w stanie oddać swoją dusze za nią. Na
nic zdały się moje prośby, odmówił.
Jaki
archanioł, o czym on kurwa bredzi? Zamrugałem kilkakrotnie, próbując pozbyć się
deszczu z oczu.
-
Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale coś takiego jak archanioł nie istnieje.-
Powiedziałem z goryczą w głosie, zastanawiając się jednocześnie, co on chce
osiągnąć. Michael spojrzał na mnie, wykrzywiając swoje usta w coś na kształt
uśmiechu.
-
Chodź! Nie mamy za wiele czasu.
-
Nigdzie nie idę!
-
Idziesz!- Powiedział spokojnie, jednak z jego głosu dało się wyłapać groźną
nutę. Spojrzałem na niego zirytowany.
-
Po co to robisz?
-
Wykonuje rozkazy. No i obiecałem, że nie pozwoli ci się dalej pogrążać. Szkoda,
abyś zmarnował swoje dary.
-
Jakie dary? Jestem potworem! Powinienem gnić w piekle, za to, co zrobiłem!-
Zawołałem z desperacja w głosie.- Zostaw mnie w spokoju.
Blondyn
spojrzał na mnie zaskoczony, przybliżając się.
-
To nie twoja wina, to była jej decyzja. Nie możesz tego zmienić, nikt nie może.
Próbowaliśmy, ale nie możemy sprzeciwiać się woli archanioła. Musisz zmienić
swoje życie, za długo żyłeś w cieniu.
-
Upadłeś na głowę.- Stwierdziłem sarkastycznie.- Albo jesteś psychicznie chory.
Stawiam na to drugie. Anioły nie istnieją! Nie ma nic poza piekłem!
-
Wierzysz w piekło, uwierz też w anioły. To one przynoszą nadzieje na lepsze
jutro.
-
Dla mnie nie ma nadziei.
-
Nie ty o tym będziesz decydował.- Powiedział zniecierpliwiony Michale.
Szybkim
ruchem ręki machnął mi dłonią przed oczami. Zapadłem w sen. Ostanie, co
zobaczyłem, to błysk białego światła.
Obudziłem się dwa dni później. Bolała mnie każda kość, nawet te, o
których nie miałem pojęcia. Mrużąc oczy, przed oślepiającym światłem,
rozejrzałem się po pomieszczeniu, w którym się znajdowałem. Był to kwadratowy
pokój, urządzony nadzwyczaj skromnie. Mieściła się w nim jedna szafa stojąca
naprzeciwko drzwi, obok stała komoda, naprzeciwko dużego dwu osobowego łóżka
było ogromne okno zajmujące połowę ściany, grube granatowe zasłony były
rozsunięte, ukazując śnieżnobiałe firanki powiewały przez chłodny wiatr,
dostający się przez otwarte okno. Na
prawej ścianie od łózka znajdowały się dwie pary drzwi, oddzielone od siebie
dużym dębowym biurkiem. Przekręciłem się na lewy bok, sięgając ręką do lampki,
stojącej na szafce nocnej. Z westchniemy ulgi zgasiłem irytujące światło, pokój
rozświetlał tylko blask księżyca w pełni.
Nie wiem jak długo tak leżałem, po pewnym czasie pojawił się Michael,
na pytanie gdzie się znajduje, odpowiedział spokojnym głosem.
-
W ośrodku szkoleniowym Anielskiej Straży.
Patrzyłem
na niego szeroko otwartymi oczami, kiedy tłumaczył mi, co to jest Anielska Straż,
po co istnieją i czym się zajmują. W pierwszej chwili nie wierzyłem w żadne jego
słowo. A kiedy, kazał mi się ubrać, w rzeczy, które przyniósł z sobą, nawiasem
mówiąc były one ze skóry, zaczynałem pojmować, że on w ogóle nie żartuje.
Pokazał mi cały ośrodek, począwszy od biblioteki a skończywszy na zali
treningowej.
-
Zostałeś wybrany, spotkał cię zaszczyt, zostaniesz Anielskim Łowcą.
Wtedy jeszcze nie rozumiałem jego słów, nie rozumiałem niczego.
Wiedziałem jedynie, że moje życie zmieni się diametralnie. Miałem możliwość
stania się inna osobą i z niej skorzystałem. Z jednego piekła, wpakowałem się w
drugie. Ja Draco Malfoy zostałem łowcą, wyparłem się świata czarodziejów, na
rzecz ciągłej walki i igrania ze śmiercią. Jednak pamięć pozostała, miłość do
Hermiony nie wygasła. Kochać będę ją zawsze, tylko jej udało się rozkruszyć lud
w moim sercu. Czekałem z cierpliwie, wiedziałem, że każdy mieniony dzień
przybliża mnie do spotkania z nią.