piątek, 20 grudnia 2013

Rozdział 26 część 1



Cześć i czołem :) 

Moi kochani, przed wami rozdział 26. Podzieliłam go na dwie cześć, ponieważ jest długi. 
Jedynie co chciała bym wam jeszcze powiedzieć to ROZDZIAŁ 26 JEST OSTATNI!
Dziękuje za ciepłe słowa. 
Dedykacja dla Dominiki, dzięki słońce za twoją prace. 

***********************************************

Draco
Poprawiłem kołnierz płaszcza, w akcie ochrony przez wiatrem. Ja to mam chujowe pomysły. Walii mi się zachciało. Rozejrzałem się dookoła, sprawdzając czy nie ma nikogo w pobliżu. Byłem na klifie sam. Westchnąłem zrezygnowany. Musiałem się wytłumaczyć, nie chciałem, aby tak to się skończyło. Na pewno czuła się zraniona, ale chciałem by zrozumiała. Musiałem grać, aby ludzie, których kocham, przeżyli. Wpatrywałem się w księżyc. Już za parę dni będzie pełnia.
Trzask!
Odwróciłem się w stronę dźwięku. Odetchnąłem z ulgą. Przyszła. Wpatrywaliśmy się w siebie, dłuższą chwilę, obydwoje nie wiedząc, od czego zacząć.
- Co z Marcusem? - zapytałem.
Brawo, mistrzu! Tyle chciałeś jej powiedzieć, a zaczynasz od Marcusa.
- Dziwne, że pytasz. Interesuje cię to? - Chłód w jej głosie był paraliżujący. 
- Hermiono, daj mi wyjaśnić, proszę. Nie oceniaj mnie, przecież wiesz, że taki nie jestem.
- Nie? Nie jesteś? Mierzyłeś do nas z różdżki, do cholery! Mierzyłeś do mnie Draco! - Głos się jej załamał. Patrzyła na mnie oczami pełnymi bólu. 
- To ty mnie zostawiłaś. - zawołałem desperacko, jakbym miało to cokolwiek zmienić, ale zaraz pożałowałem wypowiedzianych słów. - Przepraszam. To nie tak miało wyglądać.
W oczach dziewczyny zalśniły łzy. Chciałem podejść, przytulić ją do siebie, ale powstrzymała mnie ruchem ręki. Bałem się, cholernie się bałem, że dzisiejszego wieczoru stracę ją bezpowrotnie.
- Musiałem stać się jednym z nich. Voldemort groził, że zabije moich rodziców. Nie mogłem na to pozwolić. Nie miałem nic do powiedzenia, kiedy wypalał mi mroczny znak. Tamtego dnia, kiedy się żegnaliśmy, chciałem ci powiedzieć. Pamiętasz?- Spojrzałem w jej oczy, z niemą prośbą. Hermiona potwierdziła kiwnięciem głowy. - Później, wezwał mnie do siebie, kazał szpiegować Dumbledora, wysyłał na różne akcje. Nie jestem z tego dumny. Jeśli mnie znasz choć trochę, to wiesz, że nie pragnę takiego życia. Muszę grać, aby przeżyć. Proszę, musisz mnie zrozumieć.
Po policzkach Hermiony pociekły łzy, które starła szybko ruchem ręki.
- Tak bardzo się bałam, że cię straciłam. Ostatnie godziny, były najgorszymi, jakie przeżyłam. - powiedziała i podeszła do mnie powoli. Kładąc swoją maleńką dłoń na mojej klatce piersiowej, tam gdzie bije serce, spojrzała mi w oczy. - Jesteś moim powietrzem Draco, bez ciebie się duszę.
***
5 dni później
Pierwsze, co usłyszałem po przekroczeniu progu swojego domu, był krzyk rozpaczy, roznoszący się echem po dużym holu. Zacisnąłem szczękę, ruszając za źródłem odgłosów. Schodząc po nierównych, betonowy schodach, czułem jak moje tętno przyspiesza. Pchnąłem grube, dębowe drzwi i znalazłem się w samym środku horroru. Rozejrzałem się po obecnych. Byli niemal wszyscy zaufani Śmierciożercy Czarnego Pana. Samego Lorda jednak nie było w pomieszczeniu. Swoje spojrzenie utkwiłem w przerażonej twarzy młodej dziewczyny. Była naga, przywiązana do betonowego stołu grubymi linami. Ledwie żywa. W obecnej chwili gwałcona przez starego Notta. Odwróciłem na chwilę wzrok nie mogąc na to patrzeć. Moja bezsilność mnie dobijała. Nic nie mogłem zrobić, nie chciałem się zdradzić. Mogłem się jedynie modlić, aby szybko się nią znudzili.
- Malfoy! Jak dobrze, że przyszedłeś! Chodź, do mnie synu. - Odezwał się Nott, kiedy zorientował się, że jestem w pokoju. - Zabawisz się trochę. - powiedział, z lubieżnym uśmiechem.
- Nie mam ochoty babrać się z szlamem. - Uśmiechnąłem się kpiąco, wyobrażając sobie całką inna zabawę, ale z udziałem Notta.
Sukinsyn!
Oparłem się nonszalancko o ścianę, patrząc na każdego wilkiem. Tortury nie trwały długo. Przerwał je Greyback, który z impetem wpadł do piwnicy.
- Czarny Pan nas wzywa!
Wszyscy jednocześnie zaczęli wychodzić z pomieszczenia, przepychając się jak bydło. Patrzyłem na nich z obrzydzeniem, pragnąc zabić ich wszystkich. Odczekałem, aż ostatni z nich opuści pomieszczenie. Podszedłem do nieprzytomnej dziewczyny. Jej stan był krytyczny, nie było szansy na to, aby w pełni wyzdrowiała. Chciałbym ją uwolnić, bo wiedziałem, że ponownie będą ją torturować i gwałcić. Jedynym rozwiązaniem była jej śmierć.
- Wiedziałem, że ci się podoba. - usłyszałem głos ociekając jadem. Spojrzałem w stronę Notta, stojącego w drzwiach.
- Nie powinieneś być na górze?
- Ty również, młody.
- Zaraz przyjdę, tylko… - zastanowiłem się - …dokończę to, co zacząłeś. Nawet jak na szlamę, jest bardzo ładna. - Nienawidziłem siebie za te słowa. Nott jedynie roześmiał się i odszedł.
- Błagam nie rób mi tego. Zabij mnie proszę... - usłyszałem szept przepełniony bólem. Spojrzałem na przywiązana dziewczynę. Oczy miała otwarte, pełne łez, patrzyła wprost na mnie. Poczułem łzy napływające mi do oczu.
- Już dobrze, to koniec. - powiedziałem, głaszcząc ją po głowie. - Avada Kedavra!
Wiedziałem, że to jedyne rozwiązanie, by ją uratować, ale wyrzuty sumienia paliły mnie niemiłosiernie. Po raz kolejny zabiłem niewinną osobę.
***
Wślizgnąłem się do salonu, mając nadzieję, niezauważalnie.
- Dziękuję Draco, że zaszczyciłeś nas swoją obecnością. - wysyczał złowrogo Lord Voldemort.
- Wybacz panie, ale pewna sprawa mnie zatrzymała. - odparłem, poprawiając kołnierz mojej koszuli.
- Wiem, Nott nie omieszkał nas poinformować, co robiłeś. W jakim stanie jest ta szlama?
- Nie nadaje się do niczego Panie, nie żyje. - Pokornie spuściłem głowę.
- Jesteś wspaniały mój chłopcze! - wykrzyknął uradowany, klaszcząc w dłonie - Możesz być dumny Lucjuszu. Masz wspaniałego syna.
- Dziękuje Panie. - Głos należący do mojego ojca, pozbawiony był wszelkich uczyć.
- Wracajmy do tego, co nam przerwano. - powiedział Czarny Pan, patrząc wymownie na mnie. - Kto dowodził misją dotyczącą obrony skarbca Blacków?
- Ja Panie. - odezwał się Antonin Dołohow, skruszonym głosem. Wiedział, że czeka go kara za niepowodzenie misji. Wyszedł na środek salonu, stając przed swoim Panem.
- Crucio!
Błysk czerwonego światła wydobył się z różdżki Lorda, powalając na kolana Dołohowa. Patrzyłem z satysfakcją, jak mężczyzna wije się pod ciężarem zaklęcia. Zapewne w tej chwili uważacie mnie za nieczułego, pozbawionym jakichkolwiek uczuć człowieka, ale należało mu się. Oni wszyscy powinni tak cierpieć za to, co robią. Całe przedstawienie, popsuł Snape. To jedyny jasny punkt w tej zgrai popaprańców. Tylko jemu mogłem ufać. Majestatycznie wszedł do salonu, powiewając swoją peleryną. Z pogardą wypisaną na twarzy, ominął nieprzytomne ciało swojego kolegi po fachu, nie zaszczyciwszy go nawet jednym spojrzeniem. Klęknął przed stojącym Voldemortem, składając wyraz szacunku.
- Mój Panie, przynoszę wieści.
- Mów Severusie, chciałbym wrócić do mego zajęcia.
- Hermiona Granger była widziana w Hogsmeade.
Momentalnie zrobiło mi się gorąco, a serce zaczęło być nienaturalnym tempem.
- Zatem zapewne Harry Potter jest wraz z nią. Ruszajmy!
***

Hermiona
- Niedobrze mi się robi, jak na was patrzę. Kleicie się do siebie, jak lep do muchy. Bleee - powiedział po raz setny Sergiej, obserwujący Marcusa i Dominikę.
- Bo pomyślę Aristow, że jesteś zazdrosny. - odezwał się Marcus, mierząc chłopaka złośliwym spojrzeniem.
- Jesteście jak dzieci! - powiedziałam, wchodząc do salonu Black Manor. Byli obecni wszyscy. - Ruszać się! Wiem gdzie jest kolejny horkruks. - Wszyscy jednocześnie podnieśli się, patrząc na mnie wyczekująco. Uśmiechnęłam się szeroko. - Wracamy do Hogwartu!
Człowiek traci pewność siebie, kiedy czuje na sobie wzrok oznaczający tylko jedno, a mianowicie: „ Ona postradała rozum”. Przewracając oczami na zachowanie swoich przyjaciół zapoznałam ich z planem.
- Ale jak chcesz się tam dostać? Przecież Hogwart, od kiedy Dumbledor pozwolił nauczać Carrowom, nie jest już tak bezpieczny.
- On im nie pozwolił, tylko Ministerstwo tak zdecydowało. Harry ma mapę Huncwotów, bez problemu dostaniemy się do zamku. Musimy jedynie teleportować się Hogsmeade. Stamtąd dostaniemy się tajemnym przejściem do pokoju życzeń. Później rozdzielimy się i ruszymy na poszukiwanie diademu Roveny Ravenclaw.
- Dlaczego diademu? Przecież Dumbledore nic nie mówił o żadnym diademie. Z resztą, wszystko co nam powiedział o Horkruksach, było tylko jego przypuszczeniami. - powiedziała Dominika. Nie zdążyłam jej odpowiedzieć, ponieważ wtrącił się Marcus.
- Ty nawet nie myśl, że stąd wyjdziesz!
- Nie będę siedziała bezczynnie i nawet się nie waż mi rozkazywać! - krzyknęła na niego, mrużąc groźnie oczy. Postanowiłam się wtrącić, widząc, że Marcus ponownie chce coś powiedzieć.
- Marcus, stop! Ona jest dorosła i wie, co robi. Nie możesz jej tak trzymać pod kloszem. Przyda nam się kolejna osoba do poszukiwań, zwłaszcza, że ty jeszcze nie jesteś w pełni sił. Niedługo wzejdzie słońce, powinieneś się położyć.
- Nie ma mowy! Nie pozwolę ci wysłać kolejnej osoby na śmierć. Łatwo jest dyrygować innymi, prawda?
- Marcus!!! - Dominika zerwała się na równe nogi, patrząc zszokowana na Marcusa.
Wbiłam spojrzenie w ziemię, nie chcąc pokazać im mojej reakcji. Po części to była prawda. Tyle razy wysyłałam innych na niebezpieczne misje. Jednak robiłam to tylko wtedy, gdy nie miałam wyjścia. Sama przecież nie dam rady... Poczułam dłoń na moim ramieniu.
- Wiesz, że on tak nie myśli... - spojrzałam w niebieskie oczy, patrzące na mnie z żalem.
- Wiem. Nic się nie stało.
- Przepraszam cię Hermiono. Nie to chciałem powiedzieć. - Skruszony głos Marcusa rozniósł się po pomieszczeniu. - Tylko nie chcę jej stracić...
Spojrzałam na zawsze silnego mężczyznę stojącego przede mną, który teraz wyglądał jak siedem nieszczęść. Rozumiałam jego ból, bo to samo odczuwałam w stosunku do Draco.
- Rozumiem Marcus. Nie było tematu. Każdy ma szansę się wycofać.
- Nigdy. - usłyszałam Dominikę. - Idziemy z tobą. - zwróciła się w kierunku Marcusa, który spuścił głowę, nie mogąc na nią spojrzeć. - Jestem najlepiej wyszkoloną łowczynią z całego zakonu. Jeżeli myślisz, że dam się tak po prostu zabić, to jeszcze mnie nie znasz.
Uśmiechnęłam się, słysząc jej słowa.
- Niezły z ciebie wamp.
- Nienawidzę Granger, kiedy masz rację... - szepnął Marcus, obejmując Dominikę. - Ale jeżeli ty myślisz, że pójdziesz tam beze mnie to się grubo mylisz. - patrzył jej nieprzerwanie w oczy. Wiedziałam, że próbują przekonać się nawzajem do swoich racji. Też tak często robiłam z Draco. Dziewczyna kiwnęła pokonana głową, wtulając się w niego jeszcze bardziej.
- No to skoro ustaliliśmy, że Hermiona ma znowu rację...
- Ha dobre! Ona ma zawsze rację! - powiedział Harry, wchodzący do salonu. Był już gotowy do podróży. Uśmiechnęłam się do niego szeroko. Te kilka miesięcy, które razem spędziliśmy pozwoliły nam się ponownie do siebie zbliżyć. Harry był wspaniałym przyjacielem. Łączyła nas silna więź i wspólny cel. Obydwoje chcieliśmy pokoju w świecie czarodziejów. Spojrzałam na złoty zegarek, widniejący na mojej ręce. Zegarek mamy. Była godzina 4 rano. 
- Dobra, zbieramy się! Macie pięć minut. Czekamy z Harrym na dziedzińcu.
Ruszyliśmy do wyjścia, a ja w międzyczasie założyłam na siebie pelerynę.
- Też to czujesz? - zapytała S, jako pierwsza wślizgując się pod materiał.
- Co?
- Że koniec jest bliski.
Spojrzałam głęboko w jej oczy. Wiedziałam już, że miała wizję. Kiwnęłam głową potwierdzająco. Ja również czułam, że niewiele nam pozostało czasu do ostatecznego starcia.
- Co widziałaś?
- Wielu ludzi dziś polegnie.
- Ale za to w słusznej sprawie. - powiedział ponuro Misza, dołączając do nas.
Gdy wszyscy zebrali się pod peleryną, oznajmiłam:
- Dobra, teleportujemy się obok Wrzeszczącej Chaty. Gotowi? - Wszyscy zgodnie pokiwali głowami, zakładając kaptury na głowy. - To ruszamy. 
Zniknęliśmy z trzaskiem, pojawiając się obok nawiedzonego domu.
- Bądźcie cicho. Żadnych rozmów. Kiedy znajdziemy się w wiosce, uważajcie! Mamy pozostać niewidoczni. Pamiętajcie, że musimy dostać się do Świńskiego Łba.
- Ale że co? Mamy tak po prostu sobie tam wejść?
- Oszalałeś Sergiej, czy co!? Przez tylne wejście dostaniemy się na zaplecze. Potem schodami do góry i pierwsze drzwi po lewej. Zapukajcie osiem razy w rytm piosenki „ Moja mała czarownica”. Zapamiętaliście? - ponownie zgodnie pokwilili głowami - Ok. Rozdzielamy się na trzy grupy. Harry, Misza i Ethan. Wy ruszajcie pierwsi. Syntia, Aaron i Dominika, drudzy. Ja z Sergiejem na końcu. - Spojrzałam na zegarek - Jest godzina 4: 20, macie czas do 5. Jeśli któraś grupa się nie pojawi do 5: 05, ruszamy na poszukiwania. Powodzenia.
W odstępie pięciu minut ruszyliśmy w stronę wyznaczonego celu. Mi i Sergiejowi, nie zajęło to za dużo czasu. Prześlizgaliśmy się miedzy domami, niezauważeni. W pewnym momencie, chciałam wychylić się z kolejnego rogu, sprawdzając czy uliczka przed nami jest czysta, kiedy tuż nad moim uchem przeleciał czerwony promień. W ostatniej chwili Sergiej zdołał mnie pociągnąć za pelerynę. Rzuciliśmy się biegiem do ucieczki. Obejrzałam się za siebie. Gonili nas Śmierciożercy. Przeklinając swoją głupotę skręciłam ostro w prawo, ciągnąc za sobą Sergieja. Znaleźliśmy się w ślepej uliczce.

piątek, 29 listopada 2013

Rozdzaił 25





 Cześć! 
Smęcić nie będę, albo i posmęcę. Jestem nie zadowolona! Nie podoba wam się moje opowiadanie? Wyświetleń jest naprawdę dużo, ale komentarzy... 
Dziękuje tym co są, czytają i komentują, ale sorry będę chamska.. kolejny rozdział ukarze się, gdzieś w dalekiej przyszłości .
Dedykacja dla Dominiki! dziękuje że jesteś :)
 Bajo! 


**************************************************************************


Marcus

Kolejny dzień z rzędu spożywaliśmy kolację w zupełnej ciszy. Miałem już tego dosyć.
- Czy podczas swojego pobytu tutaj, masz zamiar się odezwać choć słowem?
- Tak.
- Świetnie. Więc może byś coś powiedziała.
- Właśnie to zrobiłam.
Uderzając pięściami o stół wstałem i wyszedłem z kuchni, zamykając za sobą drzwi. Będąc jeszcze blisko nich zdołałem usłyszeć:
- Mogłabyś nam okazać trochę szacunku, zwłaszcza mojemu ojcu.
- No tak. Zapomniałam, że mam do czynienia z samym królem wampirów. Następnym razem wyeksponuję smukłą szyję i padnę przed nim na kolana.
- Jesteś bezczelna!
- Nie. Szczera.
- Przestań zachowywać się jak jakaś pieprzona niewolnica!
- A jak mam się zachowywać, będąc tu zamkniętą, niczym w więzieniu, zdana na waszą łaskę?
Nie chciałem już więcej tego słuchać. Z postanowieniem pokazania dziewczynie jak bardzo się myli, skierowałem się do swoich komnat.

***

- Lynette poproś Dominikę o przyjście do mojej komnaty.
- Oczywiście.
Miałem zamiar pokazać jej swoje prawdziwe oblicze. Przedstawić jej siebie i swoją historię. Może wtedy będzie dostrzegała we mnie trochę więcej niż samego potwora. Przerażało mnie jak bardzo mi na niej zależało i jaki wywierała na mnie wpływ, ale musiałem spróbować. Nie mogłem jej stracić. Nie jej.
- Chciałeś mnie widzieć.
Znowu ta raniąca obojętność w jej pięknych, niebieskich oczach.
- Tak. Dziękuję, że przyszłaś.
Skinęła lekko głową, ostrożnie rozglądając się po pomieszczeniu.
- I jak ci się podoba? – spytałem, uniesionymi dłońmi pokazując jej swoje królestwo.
- Wiktoriański styl z barokowymi złoceniami. Klasycznie, gustownie i bogato. Idealny wystrój dla króla wampirów.
Uśmiechnąłem się, słysząc jej protekcjonalny ton.
- W istocie masz rację. Jednak mniemam, że ci się podoba. – Wciąż ją obserwując czekałem na stosowną ripostę, jednak się przeliczyłem. Wciąż rozglądała się wokoło, przystając przy obrazach, przedstawiających portrety moich przodków. – To moi poprzednicy. Jednak nie wszyscy. Jeżeli chciałabyś poznać całą genealogię, musiałabyś przyjrzeć się temu. – Jednym ruchem ręki ściągnąłem atłasową zasłonę, odkrywając ręcznie wyszywany gobelin, wiszący w specjalnie wyrzeźbionej wnęce na jednej ze ścian. Moja wampirza rodzina.
 - To cała twoja historia w jednym miejscu. – powiedziała z nieudawanym zaciekawieniem i podeszła do płótna, dokładnie przyglądając się każdemu portretowi z osobna. – Akasha. Pierwsza wampirzyca. Matka wszystkich nieśmiertelnych. Enkil. Wiecznie nienasycony. Jeden z najstarszych. Ciemna karta historii. Mekare i Maharet. Bliźniaczki i królowe potępionych. A raczej wybawionych. To one zapoczątkowały nową erę, trwającą aż do dzisiaj.
Patrzyłem jak z zapamiętaniem przesuwa palcami po kolejnych postaciach, bezbłędnie odgadując ich tożsamość. Niesamowite.
- Nie wiedziałem, że tyle wiesz o rodowodzie wampirów.
- Trzeba znać swojego wroga. Uważnie prześledziłam historię twoją, jak i twoich pobratymców.
- Uważasz mnie za swojego wroga? – zapytałem, usilnie próbując ukryć żal pobrzmiewający w moim głosie.
- Już nie. – westchnęła, przenosząc wzrok na podłogę. – Analizując twoją historię, natknęłam się na wystarczająco dużo przykładów, stawiających ciebie, jak i cały klan wampirów w jasnym świetle. Mieszkając z tobą, mając sposobność bezpośredniego kontaktu z wami, tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu. Macie w sobie więcej miłości, cierpliwości i oddania, niż niejeden człowiek. Spokojnie mogliście wykorzystać swoją potęgę, by zemścić się na nich za ich zbrodnie i plugawe kłamstwa, ale tego nie zrobiliście. Wolicie żyć w ich cieniu, nie angażując się zbytnio w sprawy, które was nie dotyczą. Tak jak my. – Ponownie przeniosła wzrok na płótno, wpatrując się w jeden z portretów. Niestety nie mogłem dostrzec jaki. – Przyjmując zlecenie zabicia cię, nie miałam o tym pojęcia.
Ja w transie wpatrywałem się w jej postać, powoli przyswajając sobie jej słowa. Nawet nie widząc jej twarzy mogłem dobrze odczytać targające nią emocje. Żal pobrzmiewający w jej głosie był aż nadto słyszalny. Pytanie tylko dlaczego? Nawet ja nie znałem swojej historii tak dobrze jak ona. Chciałem w końcu to wszystko zrozumieć.
- Dlaczego to zrobiłaś?
- Dlaczego przyjęłam zlecenie? – spuściła wzrok, nie odwracając się jednak w moją stronę – To miała być moja prywatna zemsta. Pięć lat temu moi rodzice zostali zabici przez wampira. Mnie uratowało bractwo. Bez zbędnych pytań, przyjęli mnie do siebie, stając się moją drugą rodziną. Nawet moja na… moje pochodzenie nie miało dla nich żadnego znaczenia. Jednak przebywając z tobą zrozumiałam, że nie mogę nikogo karać za błędy innych.
Podszedłem do niej, kładąc dłonie na jej ramionach. Nie poruszyła się.
- Mogę odnaleźć zabójcę twoich rodziców i wymierzyć mu karę na jaką zasługuje.
- Nie. Mam już dosyć krwawego wymierzania sprawiedliwości. To nie zwróci im życia.
Obróciłem ją w swoją stronę, delikatnie unosząc podróbek, by widzieć jej idealną twarz.
- Byliby z ciebie dumni, widząc cię teraz. – w jej oczach błysnęły łzy – Cały czas będą z Tobą. Na zawsze.
Nie mogąc się powstrzymać przysunąłem się bliżej, delikatnie dotykając jej ust swoimi. Tak bardzo tego pragnąłem. Na początku nie reagowała, ale gdy splotłem swoją dłoń z jej, odwzajemniła pocałunek. Czując mój język, dotykający jej warg, rozchyliła je lekko, co wykorzystałem pogłębiając pieszczotę. Była taka słodka, taka cudowna. A ja tak jej pragnąłem.
- Przepraszam cię.
Zanim zdążyłem w jakikolwiek sposób zareagować, wyślizgnęła się z moich ramion, wybiegając z komnaty. Mi pozostał tylko zmysłowy zapach jej cudownego ciała i delikatny posmak jej miękkich warg.

Dominika

To była ciężka noc. Zasnęłam dopiero około 4 w nocy, więc gdy otworzyłam oczy i zobaczyłam dużą i małą wskazówkę zegara na ustawioną idealnie na 2, nie byłam zaskoczona. Przynajmniej się wyspałam. Wczorajszy wieczór nie powinien się wydarzyć. Za bardzo przywiązuję się do Markusa. Prawie wyjawiłam mu całą prawdę o mnie. A co w tym złego? Nie możesz wiecznie ukrywać swojej prawdziwej natury… Pieprzona podświadomość!
Po szybkim prysznicu i jeszcze szybszym ubraniu się zeszłam na dół, kierując się w stronę kuchni. Gdy wzięłam się za przygotowywanie kanapek usłyszałam straszny huk w głównym holu. Natychmiast się tam udałam. Widoku, który zobaczyłam nie zapomnę do końca życia. Zakrwawione ciało Markusa, bezwładnie leżało w ramionach jakiegoś chłopaka. On nawet nie patrząc na mnie skierował się po schodach na górę, udając się jego prywatnych komnat. Stałam, nie zdolna do wykonania żadnego, nawet najmniejszego ruchu. Gdzieś w pobliżu usłyszałam głos Hermiony.
- Byliśmy na akcji. Udało nam się zdobyć kolejną cząstkę duszy Voldemorta, jednak nie spodziewaliśmy się ataku Śmierciożerców. Było ich z 15, rzuciliśmy się w wir walki, pragnąc jak najszybciej stamtąd uciec. W moją stronę leciało jakieś nieznane zaklęcie, nie zauważyłam go, stojąc tam jak sparaliżowana. Te oczy pod białą maską, należały do… - Głos się jej załamał, a w oczach pojawiło się niedowierzanie i ból.- ...jednego z nich. Marcus, obronił mnie swoim ciałem, padając do moich nóg. Sergiej kazał się teleportować, a Aron zdążył chwycić ciało Marcusa i już po chwili byliśmy przed Black Manor. Przepraszam, to moja wina. On tam umiera, a wszystko przez moja głupotę! Jak ja mogłam tak postąpić?! Przepraszam.
Sens wypowiedzianych słów z każdą sekundą przerażał mnie coraz bardziej. Nie mogłam pozwolić by umarł. Nie teraz…
- Dostał krew?
- Tak, ale to nic nie zmieniło.
- Musze do niego iść.
- Ja naprawdę nie wiem kiedy to się stało. Przepraszam, ja…
Odwróciłam się w jej stronę, chwytając jej dłonie moimi, spoglądając prosto w oczy.
- To nie twoja wina. Wszystko będzie dobrze. Dziękuję ci.
Nie czekając na jej reakcję udałam się na samą górę, prosto do jego komnaty. Przy duży łóżku z baldachimem, stała Diana, nachylając się nad bezwładnym ciałem Marcusa. Wilgotną szmatką obmywała jego zakrwawione ciało.
- Zostaw mnie z nim samą.
Wampirzyca podniosła na mnie swój wzrok, nie przerywając wykonywanej czynności.
- Nie będziesz mi rozkazywać.
- Jeżeli go kochasz, zrób to o co cię proszę i wyjdź.
W jednym momencie znalazła się przy mnie, zbliżając swoją twarz do mojej.
- Co ty możesz o tym wiedzieć, co?
- Więcej niż mogłabyś sobie wyobrazić. – odpowiedziałam ze spokojem, patrząc w jej zielone oczy – Przez cztery lata byłam nieszczęśliwie zakochana w chłopaku, który nawet nie chciał na mnie spojrzeć. Znam uczucie samotności, niezrozumienia i cierpienia lepiej niż bym sobie tego życzyła. Jeżeli chcesz jeszcze kiedyś być szczęśliwa, zapomnij o nim, w końcu zaczynając żyć. Znajdziesz prawdziwą miłość, tylko musisz się na nią otworzyć, zostawiając w tyle dawne uczucie.
Widziałam jak z każdym kolejnym słowem targające nią uczucie złości ustępuje miejsca rozpaczliwej bezradności.
- Nie jesteś taka jak inni. Dlaczego to robisz?
- Nie chcę patrzeć jak się niszczysz. Nie chcę byś była sama.
- Czy to kiedyś minie?
- Tak. Musisz tylko się wyrwać z tej złotej klatki, w której tkwisz. – uśmiechnęłam się do niej delikatnie. – A teraz pozwól mi go ratować.
- Jak?
- Dając mu swoją krew – podeszłam do jego łóżka, klękając przy nim.
- Przecież on już ją dostał.
- Nie taką, jakiej potrzebuje. Mamy ze sobą wiele wspólnego Diano. – wysuwając kły wbiłam się w swój nadgarstek, pozwalając wypłynąć czerwonym kroplom na zewnątrz. Ciemno czerwona ciecz spłynęła po mojej ręce, kapiąc na jedwabną pościel. Przyłożyłam nadgarstek do zimnych ust Marcusa, pozwalając mu poczuć słodki posmak krwi. Po chwili ponownie poczułam wbijające się w delikatną skórę kły. Złapałam się drugą ręką łóżka, zaciskając pięść na pościeli. Usłyszałam głos Diany.
- Wreszcie znalazł swoją królową.
Obróciłam głowę w jej stronę, ale zobaczyłam tylko zamykające się za nią drzwi. W tej samej chwili poczułam obejmujące mnie ramiona i zanim zdążyłam zareagować leżałam na łóżku, nakryta ciałem Marcusa. Spojrzałam w jego oczy.
- Kim jesteś?
- Mieszańcem. Pół wampirem, pół czarownicą. Sama do swoich 17 urodzin o tym nie wiedziałam. Kiedy miałam dwa lata moi rodzice musieli oddać mnie zwykłemu małżeństwu, by mnie chronić. Wiedziałam, że nie jestem normalna. Wyostrzone zmysły, wysuwające się kły, nadzwyczajne zdolności… 15 lat odmienności i samotności. Gdy zostałam odnaleziona przez swoich prawdziwych rodziców, po roku prawdziwego życia, straciłam ich ponownie, tym razem na zawsze. Moim ojcem jest Damian, potomek Mariusa z pierwszej linii.
- Damian, pamiętam. Nie poznałem go osobiście, ale słyszałem o nim. Jeden z najwyżej postawionych w radzie wampirów.
- Tak i chyba dlatego zginął. Dla zdobycia władzy. Moja matka to Caroline, jedna z odwiecznych. Zaalarmowane bractwo przybyło na miejsce, ale było już za późno. Uratowali tylko mnie. Przyjęli mnie do siebie, mimo iż nie pochwalali związku mojej matki z wampirem. Stali się moją drugą rodziną. Od tamtej pory szkoliłam się jako łowczyni, czekając na dzień, w którym będę mogła pomścić rodziców. Gdy dostałam zlecenie zabicia ciebie, wiedziałam, że nie mogę zmarnować takiej szansy. Myślałam, że tak dowiem się kto jest odpowiedzialny za ich śmierć.  
- Pomogę ci go odnaleźć – usilnie próbowałam na niego nie patrzeć.
- Nie, widzisz do czego prowadzi zemsta. Ty przywróciłeś mi spokój. – odważyłam się na niego spojrzeć. W chwili gdy nasze spojrzenia się spotkały, poczułam jego usta na swoich. Zatopiłam się zupełnie w tym pocałunku.
- Pragnę cię. Pozwól mi się kochać. – Z każdym kolejnym słowem schodził swoimi wargami coraz niżej. Nie potrafiłam, a raczej nie chciałam mu odmówić. Teraz gdy znał całą prawdę nic nie mogło powstrzymać ukrywanego uczucia do niego. Objęłam jego nagie plecy ramionami, unosząc swoje ciało i ocierając się o niego. W jego oczach widziałam, że jest na granicy utraty kontroli.
- Zrób to. Proszę, nie powstrzymuj się. – To były ostatnie słowa, które wydostały się z moich ust. Potem powoli traciłam świadomość, z trudem rejestrując niektóre ze zdarzeń. Rozrywane ubrania, jego gorące ciało, cudowne wypełnienie, głębokie pchnięcia, szybkie oddechy, kły wbijające się w moją szyję w momencie spełnienia, cichy szept tuż przy moim uchu… Moja królowo.

Hermiona

Chodziłam od ściany do ściany, błagając w myślach, żeby to, co zobaczyłam było tylko snem. Chciałam się obudzić z tego koszmaru, jednak życie miało dla mnie inne plany. To, co dziś się stało było prawdą. Ale jak? Kiedy to się stało?
Usiadłam na parapecie dużego okna, w swoim tymczasowym pokoju, patrząc na wschód słońca. Co się wydarzyło po moim zniknięciu? Jakim cudem on znalazł się w szeregach tego szaleńca? Przymknęłam oczy, opierając głowę na moich kolanach.  
Obudziło mnie pukanie do drzwi. Wykończona, musiałam zasnąć na parapecie. Wstałam, rozprostowując obolałe mięśnie.
- Proszę.
Do pokoju weszła Syntia, uśmiechnięta od ucha do ucha. Spojrzałam na nią, marszcząc brwi.
- Co jest?
- Blaise do mnie napisał. - uśmiechnęła się jeszcze szerzej - Przysłał swoje włosy. Napisał, że to najgłupszy pomysł, na jaki wpadłam i jak chcę to może mi przysłać swoją bieliznę.
Podeszłam do niej, odbierając pakunek. Położyłam go na biurku, po czym wyciągnęłam z dolnej szuflady pudełko, w którym był słoiczek z eliksirem, dzięki któremu przekonam się, czy Blaise jest moim bratem. Odkręciłam wieczko i wrzuciłam pukiel włosów Diabła wraz z moimi do środka. Wyciągając różdżkę, wypowiedziałam formułę zaklęcia.
- Ostende mihi verum, prodit secreta.
- Nic się nie dzieje!
- Spokojnie S, to trochę potrwa.
- Zapomniałabym! Blaise kazał przekazać ci to. - Podała mi kopertę, na której było moje imię i nazwisko, napisane tak dobrze znanym mi pismem. Moje serce zabiło szybciej, kiedy rozrywałam kopertę.

Przepraszam!
Pozwól mi wyjaśnić. Spotkajmy się dziś o 20 na klifach.
Bary, południowa Walia. Będę czekać.

- Co on chce ci wyjaśnić? - Syntia, tak jak i ja, rozpoznała to pismo bez problemu.
Wpatrywałam się w ten krótki list, pytając samą siebie czy mam jej powiedzieć prawdę. Odpowiedź była oczywista.
- On tam był S.
- O czym ty mówisz?
- Draco… on był dzisiaj u Gringotta.
- Jak to?
- On jest jednym z nich S, jest Śmierciożercą.