wtorek, 21 stycznia 2014

Rozdział 26 część 2!!!




Hola!!
Przepraszam, że kazałam wam czekać tak długo!
Zakładając tego bloga nie wyobrażałam sobie, że uda mi się dotrwać do końca opowiadania. To dzięki wam, pisałam te rozdziały z myślą, że ktoś tam jednak czeka, aby przeczytać moje dzieło. Miałam wzloty i upadki, załamania i dni radości. Wiem doskonale, że beznadziejna ze mnie autorka, kariery pisarza nie zrobię :p jednak jestem z siebie dumna. Rozpiera mnie pozytywna energia, którą mam zamiar przelać na nowe opowiadanie i nie mam na myśli Eltona! Wracając do rzeczy, to, dziękuje wam z całego serca za to, że byliście ze mną tak długo.

Całuje i ściskam
 Do epilogu..
 ***********************************************************************



- Kurwa!!
- Hermiona tutaj!- Zawoła Aristów. Stał przy otworze w ścianie. Nie zastanawiając się za dużo, wpadliśmy do pomieszczenia. Zaraz za nami, dziura zniknęła, nie pozostawiając po sobie śladu.
- Gdzie jesteśmy?- Zapytałam.
- W świńskim Łbie.- Odpowiedział nam głos, od strony schodów.
- Harry!- Rzuciłam się przyjacielowi na szyje.- Mieliście czekan na górze!
- Bo czekaliśmy, ale jest już, 5:05 ruszaliśmy was szukać. Chodźcie nie ma czasu. Ginni, już czeka. Przejście jest otwarte.
Weszliśmy do niewielkiego pokoiku, w którym znajdowali się wszyscy. Nie zdążyłam nawet powiedzieć słowa, kiedy Ginni rzuciła się na mnie, ściskając mocno.
- Tak się ciesz, że nic ci nie jest!
- Ja też Ginni.
- Ta.. Długo wam to zajęło.- Powiedział sceptycznie Aron.- Mieliśmy już iść wam z pomocą.
Spojrzała na niego chłodno, całkowicie ignorując to, co powiedział. Ruszyłam w stronę portretu.
- To jest to przejście?
- Tak.- Powiedział Ginni.- Jest otwarte.
- No to ruszajmy, nie ma czasu do stracenia. Podejrzewam, że niedługo Lord dowie się o naszym przybyciu do wioski. Łatwo doda dwa do dwóch. W Pokoju Życzeń, czekali na nas Neville z Luną. Po krótkim przywitaniu, powiedzieliśmy im po co tu jesteśmy. Musieliśmy wyznać im wszystko co wiemy, na temat Horkruksów.
- Kto wam pomagał? Znaczy, mówiłaś że, Dumbledore przekazał wam wskazówki, to skąd wiedzieliście gdzie ich szukać?
- W tym nam pomógł Snape. Voldemort bardzo mu ufa, te Horkruksy, które zdobyliśmy, to dzięki mu. On nam wskazał miejsca i czym są. Snape przypuszcza, że zostały jeszcze dwie cząstki duszy Czarnego Pana. Diadem, jest on prawdopodobnie w Hogwarcie i Naginii, waż którego Voldemort ma zawsze przy sobie.
- To Snap jest jednym z nas?
- Można tak powiedzieć, jest szpiegiem Zakonu.- Nevill, pokiwał głową zamyślony.
- A jak można je zniszczyć?
- No tu mieliśmy więcej szczęścia, niż rozumu. Sposób na zniszczenie Horkruksów, znaleźliśmy w Księdze Merlina. Miał ją Marcus, dlatego Lordowi tak bardzo zależało, na zdobyciu jej. No i tu pojawia się Dominika, ale to inna historia. Wracając do Horkruksów, to można je zniszczyć czymś co ma w sobie jad Bazyliszka. Mieliśmy miecz Godryka Griffindora, ale podczas akcji u Gringotta, zgubiliśmy go.
- Niedaleko Wierzy Astronomicznej, jest ukryta komnata. Widziałem kilka dni temu Snapa, zanoszącego tam coś zawiniętego w pokrowiec. Schowałem się za schodami, podsłuchując jego rozmowę. Nie wiem z kim rozmawiał, nie rozpoznałem głosu. Mówił, że to jest bezpieczne miejsce na miecz, że nikt go tu nie znajdzie. Zajmę się tym, zdobędę miecz.- Powiedział Nevill.
***
Szukanie diademu, było jak szukanie igły w stogu siana. Były to dla nas najgorsze trzy godziny. Ponownie byliśmy rozdzielni. Ja wraz z Sergiejem, zmierzaliśmy w stronę Komnaty Tajemnic.
- Jak my się mamy tam do cholery dostać!- Kopnęłam ze złości drzwi. Skrzywiłam się, na kontakt moich palców z metalowymi wrotami.
- Może wam pomóc?- Usłyszeliśmy za sobą, nie mogłam uwierzyć w to, co widzę.
- Ron?!
- Nie rób takiej miny, jak byś ducha zobaczyła. Głupio się przez to czuje.
- Co ty tu robisz?
- Chce wam pomóc. Wiem, Hermiono. Przepraszam za wszystko. Byłem głupcem. Wybacz.- Powiedział, na jednym wdechu. Wciągnęłam głęboko powietrze.
- No dobrze, jak chcesz nam pomóc?
- Zaraz ci pokarze, odsuń się.- Podszedł do mnie, przesuwając w prawo. Ustał przed drzwiami, sycząc. Obserwowałam go zdumiona, kiedy drzwi, otworzyły się bez problemu.
- Super nie?- Zapytał uradowany rudzielec.
- Skąd?- Wydukałam.
- Aaa! Harry gada przez sen.- Rzucił, jak gdyby nigdy nic i wszedł w głąb korytarza. Jednocześnie z Sergiejem, spojrzeliśmy na siebie, wzruszając ramionami. Ruszyliśmy za Ronem.

Komnata Tajemnic, nie zmieniła się w żaden sposób. No może, ostatnim razem, nie leżał tu martwy Bazyliszek. Z wyciągnięciem kła nie było żadnego problemu. Problem powstał, dopiero wtedy, kiedy przebiłam kłem kielich, unicestwiłam kolejną cześć duszy Voldemorta. Uciekaliśmy w popłochu, gonieni przez wodnego Bazyliszka. Zziajani wypadliśmy z lochów. Lochów?! Jak my się tu znaleźliśmy. Mniejsza o to. Doszły nas odgłosy walki, ruszyliśmy w górę. W głównym holu, dołączyli do nas pozostali. Razem wybiegliśmy na Hogwarcki dziedziniec.
- Harry masz?- Zapytałam w biegu.
- Mam.
- To dobrze, łap!- Rzuciłam mu kieł, którego udało nam się zabrać z sobą. Chłopak złapał go zwinnie, nie myśląc wiele, wbił go w diadem Roveny Ravenclaw. Błyskotka wybuchła, niczym bomba, powalając na kolana wszystkich. Podnieśliśmy się błyskawicznie.
- Została nam tylko Naginii.- Powiedział Ethan, otrzepując spodnie. Wyglądało to komicznie. Chłopak stał, w samym środku bitwy, wszędzie walały się upadające głazy, świstały zaklęcia, a on martwił się o swój ubiór.
- Już nie.- Powiedział Neville, idąc w nasza stronę. W jednej ręce trzymał miecz Griffindoru, a w drugiej łeb martwego węża. W oddali było słychać, wściekły ryk, pochodzący z Zakazanego Lasu.
- Jak ci się to udało? Przecież waż, był zawsze obok Voldemorta.
- Byłem w komnacie, o której wam mówiłem, tej od miecza. Odnalazłem go w momencie, kiedy usłyszałem kroki zbliżające się do drzwi. Nie wiedziałem gdzie mam uciekać, wiec wspiąłem się schodami na Wierze Astronomiczną. Był to Snape, wraz z Samym Voldemortem. Czarny Pan, krzyczał na niego, że jest nieudacznikiem, że przez niego miecz zniknął. Że teraz mamy czym go unicestwić, był tak wściekły, że rozkazał Naginii zabicie Snapa. Wiedziałem, że to jedyna okazja. Zabiłem węża i ocaliłem Snapa.
- No kolejny horkruks z głowy.- Powiedział Sergiej, klepiąc z uznaniem Nevila po plecach.
- Ruszmy się, trzeba im pomóc.- Powiedziałam patrząc na walczących.- Pamiętajcie nie możemy używać swoich darów, tylko magii za pomocą różdżki!- Chwile później, walczyliśmy wraz z pozostałymi.
***
Walka była wyrównana. Śmierciożercy walczyli zawzięcie, za idę swojego Pana. Syntia miała racje, dzisiejszego dnia, poległo bardzo dużo ludzi. Kątem oka obserwowałam Draco, w wirze walki. Był całkowicie pochłonięty tym, co robi, z uśmiechem na ustach, rzucał zaklęcia w nic niespodziewających się Śmierciożerców. Niektórym poświęcał więcej czasu częstując przeróżnymi zaklęciami. Cieszyłam się ogromnie, że nic mu nie jest, a jednocześnie bałam się o niego. Uczucie było nieznośnie, niepozwalające się mi na niczym skupić. Miałam przeczucie, że dzisiejszego dnia widzę go po raz ostatni. Bałam się własnych myśli.
Pojedynkowałam się właśnie ze Pansy Parkinson, kiedy zdałam sobie sprawę, że już od jakiegoś czasu nie widzę nigdzie Harrego. Gdzie on się do cholery podział! Mopsica, była dobrym przeciwnikiem, ale zaczynała mnie denerwować. Posłałam w jej stronę Drętwotę, której nie zdążyła odbić. Zaklęcie ugodziło ją w pierś, powalając na mokrą trawę.
Pobiegłam w stronę otoczonego Rona. Chłopak nie miał szans, z ledwością odbijał zaklęcia. Wpadłam w krąg, jakim go otoczyli, stając plecami do pleców Rona. Zaklęcia śmigały jak szalone, powalając na ziemnie sługusów Czarnego Pana.
- Dziękuje Hermiono, gdybyś mi nie pomogła było by zapewne już po mnie.- Powiedział Ron, ocierając z czoła krople potu. Posłałam mu lekki uśmiech. 
- Nie ma, za co. Widziałeś Harrego?
- Tak. Pobiegł w stronę Zakazanego Lasu.
Przeklęłam siarczyście, na głupotę Chłopca Który Przeżył. Miałam nadzieje, że nic mu się nie stanie. Śmierciożercy padali, jeden po drugim, niczym muchy. Na błoniach się przerzedzało, gołym okiem było widać, że wygrywamy.
- Draco!!- Krzyknęłam, kiedy zobaczyłam w oddali Malfoya. Biegł w moją stronę, z wyciągniętą różdżką, rzucając na wszystkie strony przeróżnymi zaklęciami. Były one uśmiercające jak i obronne. Odetchnęłam z ulgą widząc go całego i zdrowego.- Boże, jak dobrze, że nic ci nie jest. Tak się martwiłam.- Wpadłam w jego ramiona. Syknął cicho, lekko się odsuwając. Dopiero teraz zobaczyłam krew, która sączyła się spod koszuli.- Czym oberwałeś?
- Nie wiem, ale kurewsko boli.- Powiedział, podciągając do góry, niegdyś białą koszule. W międzyczasie zrobiło się nienaturalnie cicho. Chwile później rozległ się syczący głos Lorda Voldemorta od strony Zakazanego Lasu.
- Moi słudzy, wierni poddani. To już koniec! Opuście różdżki!- Powiedział, krocząc dumnie przez Hogwarckie błonia, za nim wyłaniali się jego najbliżsi Śmierciożercy.- Harry Potter, nie żyje. Poddał się, po to abyście wy przeżyli.- Wciągnęłam szybko powietrze, na widok Hagrida, niosącego bezwładne ciało mojego przyjaciela. Ułożył je u swoich stup, pochlipując głośnia.- Daje wam wybór, poddajcie się i dołączcie do mnie, albo…sami wiec co was czeka.
Zapadła cisza, Tom Riddle patrzył na nas wyczekująco, niektórzy czarodzieje, opuszczali różdżki, przechodząc na czarną stronę. Zostało nas niewielu, mała kupka ludzi, pragnących wolności i pokoju w naszym świecie. Stałam wyprostowana, a najważniejsze u mojego boku stał Draco.
- Draconie, nie dołączysz do mnie?- Zapytał Czarny Pan, z nuta złości w sowim gadzim głosie.
Chłopak milczał, patrząc prosto w oczy swoim rodzicom.
- Draconie..- Powiedziała Narcyza zalęknionym głosem.
- Nie matko, jestem po właściwej stronie. To wy powinniście dołączyć do mnie.
- Nie kpij sobie z nas synu, twoje miejsce jest u naszego boku. Masz natychmiast do nas dołączyć.- Powiedział ojciec Dracona z wściekłością. Blondyn jedynie pokiwał głową, nie ruszając się o krok.
- Nie ojcze, kazałem ci wybrać. Wybrałeś, ale ja również. Nie zmiennie mojego zdania.
- Nie mamy wyboru! On nie należy do nas. Ty zostaliśmy wybrani. Powinniśmy być z tego dumni.
- Jednak ja nie jestem. Nie powiesz nic, co mnie przekona do podążenia za tobą.
- Może to jakoś wpłynie na zmianę twojego zdania.- Wysyczał Lord, tracąc cierpliwość.- Avada Kedavra!- Padło niespodziewane zaklęcie, mierzone w Narcyzę Malfoy, kobieta niczego się nie spodziewająca, padła u stup swojego męża, z przerażeniem wymalowanej na twarzy.
Rozwścieczony Draco, nie panując na odruchami, zaczął ciskać w swojego dawnego pana wszelakim zaklęciami, ten jedynie śmierć się szyderczo, odbijał bez problemu atakujące go klątwy. Nie udało mu się odbić jednego, które przeleciało obok jego głowy, rozcinając trupio bladą skórę na policzku.
- Ty parszywy zdrajco!!- Wściekły głos Lord Voldemorta, rozbrzmiał po całych błoniach. Bez problemu pozbawił blondyna jedynej rzeczy jaką mógł się bronić, stał teraz z wymierzona różdżką w jego stronę. Draco padł zmęczony na kolana, oddychając głośno, posyłał w stronę swojego przeciwnika, mordercze spojrzenie- Jak śmiałeś! Wierzyłem w ciebie! Pokładałem nadzieje, ze staniesz się moim zastępcą! A ty bratasz się z wrogiem! Zginiesz rozumiesz.- Zaśmiał się szyderczo.
Wiedziałam, że zaraz rzuci zaklęcie uśmiercające, ale nie mogłam nic zrobić, stałam jak skamieniała.
- Avada Kedavra!- Padło zaklęcie, ale nie tylko z ust Czarnego Pana.
Harry podniósł się z ziemi, posyłając niewybaczalne zaklęcie w stronę nic niespodziewającego się Voldemorta, jednak nie było czasu się nad tym radować. W stronę Dracona, leciało zielone światło. W ostatniej chwili, zdołałam odepchnąć chłopka, przyjmując na siebie śmiercionośne zaklęcie. Jak z oddali odtarły do mnie przeraźliwy krzyk rozpaczy, nie byłam pewna czy to był mój tata czy może Draco, może obydwoje. Nie miałam możliwości sprawdzenia, obezwładniła mnie ciemność. Przepadła w nicość, kończąc swoje życie.



piątek, 20 grudnia 2013

Rozdział 26 część 1



Cześć i czołem :) 

Moi kochani, przed wami rozdział 26. Podzieliłam go na dwie cześć, ponieważ jest długi. 
Jedynie co chciała bym wam jeszcze powiedzieć to ROZDZIAŁ 26 JEST OSTATNI!
Dziękuje za ciepłe słowa. 
Dedykacja dla Dominiki, dzięki słońce za twoją prace. 

***********************************************

Draco
Poprawiłem kołnierz płaszcza, w akcie ochrony przez wiatrem. Ja to mam chujowe pomysły. Walii mi się zachciało. Rozejrzałem się dookoła, sprawdzając czy nie ma nikogo w pobliżu. Byłem na klifie sam. Westchnąłem zrezygnowany. Musiałem się wytłumaczyć, nie chciałem, aby tak to się skończyło. Na pewno czuła się zraniona, ale chciałem by zrozumiała. Musiałem grać, aby ludzie, których kocham, przeżyli. Wpatrywałem się w księżyc. Już za parę dni będzie pełnia.
Trzask!
Odwróciłem się w stronę dźwięku. Odetchnąłem z ulgą. Przyszła. Wpatrywaliśmy się w siebie, dłuższą chwilę, obydwoje nie wiedząc, od czego zacząć.
- Co z Marcusem? - zapytałem.
Brawo, mistrzu! Tyle chciałeś jej powiedzieć, a zaczynasz od Marcusa.
- Dziwne, że pytasz. Interesuje cię to? - Chłód w jej głosie był paraliżujący. 
- Hermiono, daj mi wyjaśnić, proszę. Nie oceniaj mnie, przecież wiesz, że taki nie jestem.
- Nie? Nie jesteś? Mierzyłeś do nas z różdżki, do cholery! Mierzyłeś do mnie Draco! - Głos się jej załamał. Patrzyła na mnie oczami pełnymi bólu. 
- To ty mnie zostawiłaś. - zawołałem desperacko, jakbym miało to cokolwiek zmienić, ale zaraz pożałowałem wypowiedzianych słów. - Przepraszam. To nie tak miało wyglądać.
W oczach dziewczyny zalśniły łzy. Chciałem podejść, przytulić ją do siebie, ale powstrzymała mnie ruchem ręki. Bałem się, cholernie się bałem, że dzisiejszego wieczoru stracę ją bezpowrotnie.
- Musiałem stać się jednym z nich. Voldemort groził, że zabije moich rodziców. Nie mogłem na to pozwolić. Nie miałem nic do powiedzenia, kiedy wypalał mi mroczny znak. Tamtego dnia, kiedy się żegnaliśmy, chciałem ci powiedzieć. Pamiętasz?- Spojrzałem w jej oczy, z niemą prośbą. Hermiona potwierdziła kiwnięciem głowy. - Później, wezwał mnie do siebie, kazał szpiegować Dumbledora, wysyłał na różne akcje. Nie jestem z tego dumny. Jeśli mnie znasz choć trochę, to wiesz, że nie pragnę takiego życia. Muszę grać, aby przeżyć. Proszę, musisz mnie zrozumieć.
Po policzkach Hermiony pociekły łzy, które starła szybko ruchem ręki.
- Tak bardzo się bałam, że cię straciłam. Ostatnie godziny, były najgorszymi, jakie przeżyłam. - powiedziała i podeszła do mnie powoli. Kładąc swoją maleńką dłoń na mojej klatce piersiowej, tam gdzie bije serce, spojrzała mi w oczy. - Jesteś moim powietrzem Draco, bez ciebie się duszę.
***
5 dni później
Pierwsze, co usłyszałem po przekroczeniu progu swojego domu, był krzyk rozpaczy, roznoszący się echem po dużym holu. Zacisnąłem szczękę, ruszając za źródłem odgłosów. Schodząc po nierównych, betonowy schodach, czułem jak moje tętno przyspiesza. Pchnąłem grube, dębowe drzwi i znalazłem się w samym środku horroru. Rozejrzałem się po obecnych. Byli niemal wszyscy zaufani Śmierciożercy Czarnego Pana. Samego Lorda jednak nie było w pomieszczeniu. Swoje spojrzenie utkwiłem w przerażonej twarzy młodej dziewczyny. Była naga, przywiązana do betonowego stołu grubymi linami. Ledwie żywa. W obecnej chwili gwałcona przez starego Notta. Odwróciłem na chwilę wzrok nie mogąc na to patrzeć. Moja bezsilność mnie dobijała. Nic nie mogłem zrobić, nie chciałem się zdradzić. Mogłem się jedynie modlić, aby szybko się nią znudzili.
- Malfoy! Jak dobrze, że przyszedłeś! Chodź, do mnie synu. - Odezwał się Nott, kiedy zorientował się, że jestem w pokoju. - Zabawisz się trochę. - powiedział, z lubieżnym uśmiechem.
- Nie mam ochoty babrać się z szlamem. - Uśmiechnąłem się kpiąco, wyobrażając sobie całką inna zabawę, ale z udziałem Notta.
Sukinsyn!
Oparłem się nonszalancko o ścianę, patrząc na każdego wilkiem. Tortury nie trwały długo. Przerwał je Greyback, który z impetem wpadł do piwnicy.
- Czarny Pan nas wzywa!
Wszyscy jednocześnie zaczęli wychodzić z pomieszczenia, przepychając się jak bydło. Patrzyłem na nich z obrzydzeniem, pragnąc zabić ich wszystkich. Odczekałem, aż ostatni z nich opuści pomieszczenie. Podszedłem do nieprzytomnej dziewczyny. Jej stan był krytyczny, nie było szansy na to, aby w pełni wyzdrowiała. Chciałbym ją uwolnić, bo wiedziałem, że ponownie będą ją torturować i gwałcić. Jedynym rozwiązaniem była jej śmierć.
- Wiedziałem, że ci się podoba. - usłyszałem głos ociekając jadem. Spojrzałem w stronę Notta, stojącego w drzwiach.
- Nie powinieneś być na górze?
- Ty również, młody.
- Zaraz przyjdę, tylko… - zastanowiłem się - …dokończę to, co zacząłeś. Nawet jak na szlamę, jest bardzo ładna. - Nienawidziłem siebie za te słowa. Nott jedynie roześmiał się i odszedł.
- Błagam nie rób mi tego. Zabij mnie proszę... - usłyszałem szept przepełniony bólem. Spojrzałem na przywiązana dziewczynę. Oczy miała otwarte, pełne łez, patrzyła wprost na mnie. Poczułem łzy napływające mi do oczu.
- Już dobrze, to koniec. - powiedziałem, głaszcząc ją po głowie. - Avada Kedavra!
Wiedziałem, że to jedyne rozwiązanie, by ją uratować, ale wyrzuty sumienia paliły mnie niemiłosiernie. Po raz kolejny zabiłem niewinną osobę.
***
Wślizgnąłem się do salonu, mając nadzieję, niezauważalnie.
- Dziękuję Draco, że zaszczyciłeś nas swoją obecnością. - wysyczał złowrogo Lord Voldemort.
- Wybacz panie, ale pewna sprawa mnie zatrzymała. - odparłem, poprawiając kołnierz mojej koszuli.
- Wiem, Nott nie omieszkał nas poinformować, co robiłeś. W jakim stanie jest ta szlama?
- Nie nadaje się do niczego Panie, nie żyje. - Pokornie spuściłem głowę.
- Jesteś wspaniały mój chłopcze! - wykrzyknął uradowany, klaszcząc w dłonie - Możesz być dumny Lucjuszu. Masz wspaniałego syna.
- Dziękuje Panie. - Głos należący do mojego ojca, pozbawiony był wszelkich uczyć.
- Wracajmy do tego, co nam przerwano. - powiedział Czarny Pan, patrząc wymownie na mnie. - Kto dowodził misją dotyczącą obrony skarbca Blacków?
- Ja Panie. - odezwał się Antonin Dołohow, skruszonym głosem. Wiedział, że czeka go kara za niepowodzenie misji. Wyszedł na środek salonu, stając przed swoim Panem.
- Crucio!
Błysk czerwonego światła wydobył się z różdżki Lorda, powalając na kolana Dołohowa. Patrzyłem z satysfakcją, jak mężczyzna wije się pod ciężarem zaklęcia. Zapewne w tej chwili uważacie mnie za nieczułego, pozbawionym jakichkolwiek uczuć człowieka, ale należało mu się. Oni wszyscy powinni tak cierpieć za to, co robią. Całe przedstawienie, popsuł Snape. To jedyny jasny punkt w tej zgrai popaprańców. Tylko jemu mogłem ufać. Majestatycznie wszedł do salonu, powiewając swoją peleryną. Z pogardą wypisaną na twarzy, ominął nieprzytomne ciało swojego kolegi po fachu, nie zaszczyciwszy go nawet jednym spojrzeniem. Klęknął przed stojącym Voldemortem, składając wyraz szacunku.
- Mój Panie, przynoszę wieści.
- Mów Severusie, chciałbym wrócić do mego zajęcia.
- Hermiona Granger była widziana w Hogsmeade.
Momentalnie zrobiło mi się gorąco, a serce zaczęło być nienaturalnym tempem.
- Zatem zapewne Harry Potter jest wraz z nią. Ruszajmy!
***

Hermiona
- Niedobrze mi się robi, jak na was patrzę. Kleicie się do siebie, jak lep do muchy. Bleee - powiedział po raz setny Sergiej, obserwujący Marcusa i Dominikę.
- Bo pomyślę Aristow, że jesteś zazdrosny. - odezwał się Marcus, mierząc chłopaka złośliwym spojrzeniem.
- Jesteście jak dzieci! - powiedziałam, wchodząc do salonu Black Manor. Byli obecni wszyscy. - Ruszać się! Wiem gdzie jest kolejny horkruks. - Wszyscy jednocześnie podnieśli się, patrząc na mnie wyczekująco. Uśmiechnęłam się szeroko. - Wracamy do Hogwartu!
Człowiek traci pewność siebie, kiedy czuje na sobie wzrok oznaczający tylko jedno, a mianowicie: „ Ona postradała rozum”. Przewracając oczami na zachowanie swoich przyjaciół zapoznałam ich z planem.
- Ale jak chcesz się tam dostać? Przecież Hogwart, od kiedy Dumbledor pozwolił nauczać Carrowom, nie jest już tak bezpieczny.
- On im nie pozwolił, tylko Ministerstwo tak zdecydowało. Harry ma mapę Huncwotów, bez problemu dostaniemy się do zamku. Musimy jedynie teleportować się Hogsmeade. Stamtąd dostaniemy się tajemnym przejściem do pokoju życzeń. Później rozdzielimy się i ruszymy na poszukiwanie diademu Roveny Ravenclaw.
- Dlaczego diademu? Przecież Dumbledore nic nie mówił o żadnym diademie. Z resztą, wszystko co nam powiedział o Horkruksach, było tylko jego przypuszczeniami. - powiedziała Dominika. Nie zdążyłam jej odpowiedzieć, ponieważ wtrącił się Marcus.
- Ty nawet nie myśl, że stąd wyjdziesz!
- Nie będę siedziała bezczynnie i nawet się nie waż mi rozkazywać! - krzyknęła na niego, mrużąc groźnie oczy. Postanowiłam się wtrącić, widząc, że Marcus ponownie chce coś powiedzieć.
- Marcus, stop! Ona jest dorosła i wie, co robi. Nie możesz jej tak trzymać pod kloszem. Przyda nam się kolejna osoba do poszukiwań, zwłaszcza, że ty jeszcze nie jesteś w pełni sił. Niedługo wzejdzie słońce, powinieneś się położyć.
- Nie ma mowy! Nie pozwolę ci wysłać kolejnej osoby na śmierć. Łatwo jest dyrygować innymi, prawda?
- Marcus!!! - Dominika zerwała się na równe nogi, patrząc zszokowana na Marcusa.
Wbiłam spojrzenie w ziemię, nie chcąc pokazać im mojej reakcji. Po części to była prawda. Tyle razy wysyłałam innych na niebezpieczne misje. Jednak robiłam to tylko wtedy, gdy nie miałam wyjścia. Sama przecież nie dam rady... Poczułam dłoń na moim ramieniu.
- Wiesz, że on tak nie myśli... - spojrzałam w niebieskie oczy, patrzące na mnie z żalem.
- Wiem. Nic się nie stało.
- Przepraszam cię Hermiono. Nie to chciałem powiedzieć. - Skruszony głos Marcusa rozniósł się po pomieszczeniu. - Tylko nie chcę jej stracić...
Spojrzałam na zawsze silnego mężczyznę stojącego przede mną, który teraz wyglądał jak siedem nieszczęść. Rozumiałam jego ból, bo to samo odczuwałam w stosunku do Draco.
- Rozumiem Marcus. Nie było tematu. Każdy ma szansę się wycofać.
- Nigdy. - usłyszałam Dominikę. - Idziemy z tobą. - zwróciła się w kierunku Marcusa, który spuścił głowę, nie mogąc na nią spojrzeć. - Jestem najlepiej wyszkoloną łowczynią z całego zakonu. Jeżeli myślisz, że dam się tak po prostu zabić, to jeszcze mnie nie znasz.
Uśmiechnęłam się, słysząc jej słowa.
- Niezły z ciebie wamp.
- Nienawidzę Granger, kiedy masz rację... - szepnął Marcus, obejmując Dominikę. - Ale jeżeli ty myślisz, że pójdziesz tam beze mnie to się grubo mylisz. - patrzył jej nieprzerwanie w oczy. Wiedziałam, że próbują przekonać się nawzajem do swoich racji. Też tak często robiłam z Draco. Dziewczyna kiwnęła pokonana głową, wtulając się w niego jeszcze bardziej.
- No to skoro ustaliliśmy, że Hermiona ma znowu rację...
- Ha dobre! Ona ma zawsze rację! - powiedział Harry, wchodzący do salonu. Był już gotowy do podróży. Uśmiechnęłam się do niego szeroko. Te kilka miesięcy, które razem spędziliśmy pozwoliły nam się ponownie do siebie zbliżyć. Harry był wspaniałym przyjacielem. Łączyła nas silna więź i wspólny cel. Obydwoje chcieliśmy pokoju w świecie czarodziejów. Spojrzałam na złoty zegarek, widniejący na mojej ręce. Zegarek mamy. Była godzina 4 rano. 
- Dobra, zbieramy się! Macie pięć minut. Czekamy z Harrym na dziedzińcu.
Ruszyliśmy do wyjścia, a ja w międzyczasie założyłam na siebie pelerynę.
- Też to czujesz? - zapytała S, jako pierwsza wślizgując się pod materiał.
- Co?
- Że koniec jest bliski.
Spojrzałam głęboko w jej oczy. Wiedziałam już, że miała wizję. Kiwnęłam głową potwierdzająco. Ja również czułam, że niewiele nam pozostało czasu do ostatecznego starcia.
- Co widziałaś?
- Wielu ludzi dziś polegnie.
- Ale za to w słusznej sprawie. - powiedział ponuro Misza, dołączając do nas.
Gdy wszyscy zebrali się pod peleryną, oznajmiłam:
- Dobra, teleportujemy się obok Wrzeszczącej Chaty. Gotowi? - Wszyscy zgodnie pokiwali głowami, zakładając kaptury na głowy. - To ruszamy. 
Zniknęliśmy z trzaskiem, pojawiając się obok nawiedzonego domu.
- Bądźcie cicho. Żadnych rozmów. Kiedy znajdziemy się w wiosce, uważajcie! Mamy pozostać niewidoczni. Pamiętajcie, że musimy dostać się do Świńskiego Łba.
- Ale że co? Mamy tak po prostu sobie tam wejść?
- Oszalałeś Sergiej, czy co!? Przez tylne wejście dostaniemy się na zaplecze. Potem schodami do góry i pierwsze drzwi po lewej. Zapukajcie osiem razy w rytm piosenki „ Moja mała czarownica”. Zapamiętaliście? - ponownie zgodnie pokwilili głowami - Ok. Rozdzielamy się na trzy grupy. Harry, Misza i Ethan. Wy ruszajcie pierwsi. Syntia, Aaron i Dominika, drudzy. Ja z Sergiejem na końcu. - Spojrzałam na zegarek - Jest godzina 4: 20, macie czas do 5. Jeśli któraś grupa się nie pojawi do 5: 05, ruszamy na poszukiwania. Powodzenia.
W odstępie pięciu minut ruszyliśmy w stronę wyznaczonego celu. Mi i Sergiejowi, nie zajęło to za dużo czasu. Prześlizgaliśmy się miedzy domami, niezauważeni. W pewnym momencie, chciałam wychylić się z kolejnego rogu, sprawdzając czy uliczka przed nami jest czysta, kiedy tuż nad moim uchem przeleciał czerwony promień. W ostatniej chwili Sergiej zdołał mnie pociągnąć za pelerynę. Rzuciliśmy się biegiem do ucieczki. Obejrzałam się za siebie. Gonili nas Śmierciożercy. Przeklinając swoją głupotę skręciłam ostro w prawo, ciągnąc za sobą Sergieja. Znaleźliśmy się w ślepej uliczce.